41
Diamante Raleigh
Siedzę na podłodze, plecami oparta o zimną ścianę, a dźwięk starych głośników wypełnia całą chatkę. Zniekształcony, lekko brudny, jak wszystko tutaj.
Głos Lany Del Rey sunie powoli przez powietrze, lepki, ciężki.
Nie jest piękny.
Jest… znajomy.
„I’ve got a war in my mind…”
Parskam cicho, bez cienia rozbawienia.
Wojna w głowie.
Dobre.
Nie wiedzą nawet, czym jest prawdziwa wojna.
Palce zaciskam na szkle butelki, czuję pod opuszkami drobne nierówności. Światło lampy rozbija się o jej powierzchnię i wraca do mnie jak coś brudnego.
Nienawidzę ludzi.
To nie jest emocja.
To fakt.
Każdy z nich prędzej czy później próbuje coś zabrać. Czas, spokój, kontrolę. Ciało. Godność.
A ja nie oddaję niczego.
Nigdy.
„You’re no good for me, baby…”
Śmiech wyrywa mi się sam.
Nie jestem dobra dla nikogo.
I nie próbuję być.
Podnoszę się powoli. Deski pod stopami jęczą, jakby protestowały, ale to mnie nie obchodzi. Nic mnie nie obchodzi.
Na stole leży nóż. Nie błyszczy. Jest matowy, zużyty, prawdziwy. Jak wszystko, co ma sens.
Biorę go do ręki.
Nie dla obrony.
Dla kontroli.
Bo świat trzeba trzymać krótko.
Bardzo krótko.
Cisza między dźwiękami piosenki nagle się wydłuża.
Za długa.
Za ciężka.
Zatrzymuję się w pół kroku.
Nie odwracam się od razu.
Nie robię gwałtownych ruchów.
Bo to błąd.
Zawsze najpierw słuchasz.
I wtedy to słyszę.
Oddychanie.
Nie moje.
Z tyłu.
Blisko.
Uśmiech rozciąga mi się powoli na twarzy.
W końcu.
Ktoś miał odwagę wejść do mojego świata.
Odwracam się powoli.
Cień przy drzwiach jest nieruchomy, jakby próbował udawać, że go tam nie ma.
Głupie.
Widzę więcej niż oni myślą.
– Serio? – mówię cicho, prawie szeptem. – To ma mnie przestraszyć?
Cisza.
Zawsze cisza na początku.
Zbliżam się o krok.
Potem drugi.
Nie ucieka.
Jeszcze.
Dobrze.
Lubię, kiedy zostają.
„Kiss me hard before you go…”
Muzyka sączy się dalej, jakby nic się nie działo. Jakby to był zwykły wieczór.
Nie jest.
Nigdy nie jest.
– Zgubiłeś się? – pytam, przechylając lekko głowę.
Cień drga.
Mały ruch.
Wystarczy.
Rzucam się pierwsza.
Nie czekam. Nigdy nie czekam.
Metal spotyka ciało szybciej, niż zdąży się cofnąć. Szarpnięcie. Krótki, zduszony dźwięk.
Ciepło.
Zawsze to samo ciepło.
Zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym.
Nie zatrzymuję się.
Nie sprawdzam.
Nie analizuję.
Ruch za ruchem, precyzyjnie, bez emocji.
On próbuje się wyrwać.
Za późno.
Zawsze za późno.
Uderzenie o ścianę.
Oddech urywa się nagle.
Cisza wraca.
Znowu.
Stoję przez chwilę bez ruchu, czując jak napięcie powoli schodzi z mięśni.
Patrzę w dół.
Powinno tam coś być.
Ciało.
Cokolwiek.
Ale…
Podłoga jest pusta.
Mrugam raz.
Potem drugi.
Nic.
Tylko ślad.
Rozmazany.
Jakby coś było.
Jakby coś zostało… zabrane.
Serce nie przyspiesza.
Nie panikuję.
Ale coś się zmienia.
W powietrzu.
W dźwięku.
W tym, jak cisza nagle przestaje być pusta.
„It’s you, it’s you, it’s all for you…”
Podnoszę głowę powoli.
Drzwi… są zamknięte.
Od środka.
Na klucz.
Nie otwierałam ich.
Nie mogłam.
Nie było kiedy.
Przechodzę wzrokiem po pomieszczeniu.
Każdy kąt.
Każdy cień.
I wtedy to widzę.
Na ścianie.
Tuż obok mnie.
Świeży ślad dłoni.
Powoli zsuwający się w dół.
Jakby ktoś stał dokładnie tam, gdzie ja teraz stoję.
I patrzył.
Nie na drzwi.
Nie na wyjście.
Na mnie.
Nie
było nikogo, kiedy uderzyłam.
Nie było nikogo, kiedy
przestałam.
Ale coś właśnie nauczyło się, jak bardzo lubię
przemoc.
Śmieję się cicho, ale to nie jest śmiech.
To odruch.
Bo kiedy wracają wspomnienia, zawsze najpierw próbuję je wyśmiać.
Łatwiej wtedy udawać, że nic nie znaczą.
Opieram się o blat, nóż odkładam gdzieś obok, jakby nagle stracił na znaczeniu. Bo to nie on teraz jest problemem.
Problemem jest to, że pamiętam.
Za dokładnie.
Wyścigi.
Bo oczywiście, że wyścigi. Jak inaczej miałam odreagować ten cały syf? Ludzie chodzą na terapię, płaczą w poduszki, piszą pamiętniczki.
Ja wciskałam gaz do dechy i liczyłam, że coś się w końcu rozbije — najlepiej ja albo ktoś przede mną.
Proste.
Silnik wyje, asfalt drży, a ty przez kilka sekund nie myślisz.
To było jedyne, co działało.
Papierosy…
Też były bardziej dla efektu niż potrzeby. Dym w płucach, dym w głowie. Symboliczne, wręcz żałosne, ale działało na tyle, żeby nie rzucać się ludziom do gardeł przy każdej okazji.
A potem była ona.
Camille.
Wywracam oczami, jakby ktoś mnie właśnie zmusił do obejrzenia starego, kiepskiego filmu.
– No tak… – mruczę pod nosem. – Święta Camille.
Pamiętam dokładnie ten pierwszy raz.
Szkoła.
Korytarz.
Dzieciaki, które nie miały nic lepszego do roboty niż pastwienie się nad kimś słabszym. Klasyka.
Bo miała dwóch ojców.
Serio.
To był powód.
Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Stała tam jak słup soli, wpatrzona w podłogę, jakby chciała w nią wrosnąć.
I coś mnie wtedy trafiło.
Nie dlatego, że było mi jej żal.
Nie jestem aż tak sentymentalna.
Po prostu… wkurwiło mnie to.
To, jak łatwo ludzie wybierają sobie cel. Jak bardzo są przewidywalni w swojej głupocie.
Więc zaczęłam reagować.
Najpierw słowami.
Potem już nie chciało mi się gadać.
Zabawne, jak szybko przestają się śmiać, kiedy ktoś odda mocniej.
Camille wtedy patrzyła na mnie jak na coś… dobrego.
Prawie mnie to rozśmieszyło.
Z czasem się do mnie przykleiła.
Jak większość ludzi, którzy nie wiedzą, kiedy odejść.
Ale była inna.
Cicha.
Nie narzucała się.
I chyba dlatego… została trochę dłużej niż reszta.
Westchnienie wymyka mi się mimowolnie.
– Silna osobowość… – powtarzam ironicznie. – Jasne.
Była silna.
Na swój sposób.
Tylko że ludzie mylą siłę z milczeniem.
A ona po prostu nauczyła się nie mówić, kiedy coś ją bolało.
Znam to aż za dobrze.
Kręcę głową i odpycham się od blatu, zaczynam chodzić po pomieszczeniu, jakby ruch miał mnie wyrwać z tego bagna.
Byłam zaborcza.
Oczywiście, że byłam.
Bo kiedy już coś uznaję za „swoje”, to nie lubię, kiedy ktoś próbuje tego dotknąć.
Proste zasady.
Widzę ją, jak stoi obok mnie na wyścigach.
Nerwowa.
Zbyt spokojna, żeby było to naturalne.
Martwiła się.
Zawsze się martwiła.
– Jakby to coś zmieniało – syczę.
Chciałam jej pokazać, że to nic takiego.
Że to nie jest aż takie niebezpieczne.
Że kontroluję sytuację.
Głupia.
Każdy, kto myśli, że kontroluje chaos, jest po prostu ślepy.
Owens.
Tu uśmiech wraca.
Prawdziwy.
Pełen pogardy.
– Całkowity kutas – rzucam w pustkę.
Typowy schemat.
Najpierw czarujący.
Potem dziewczyny wracają z siniakami, które „same się zrobiły”.
Świat widzi.
Świat wie.
Świat nic nie robi.
Bo tak jest wygodniej.
Pamiętam, jak jedna z nich mówiła, że dopóki się z nim zgadzasz, to jest dobrze.
Parskam śmiechem.
– Czyli dopóki nie masz własnego zdania. Świetny układ.
Widzę ten moment.
Jak Camille stoi z nim.
Za blisko.
Jak on się uśmiecha.
Jak już wie, że może spróbować.
I mnie.
Jak idę w ich stronę.
Powoli.
Zbyt spokojnie.
To zawsze jest ten moment, kiedy ludzie powinni zacząć się bać.
Ale nigdy tego nie robią.
Nie na czas.
– Hej Cam… – powtarzam cicho, jak echo tamtej chwili.
Ramię wokół niej.
Nie dla czułości.
Dla zaznaczenia.
Moje.
Jego uśmiech.
Prowokacja.
Oczywiście.
Zawsze musi być ktoś, kto chce sprawdzić granice.
Zaciskam dłonie.
Nagle mocniej, niż powinnam.
– Przysięgam… – warczę cicho. – Jeszcze jeden ruch…
Zdanie urywa się samo.
Bo nagle coś mi nie pasuje.
W tej pamięci.
W tym obrazie.
Coś… się przesuwa.
Camille nie stoi już obok mnie.
Stoi dalej.
Zbyt daleko.
A między nami…
Nie ma Owensa.
Jest ktoś inny.
Nieznajomy.
Rozmazany.
Jakby nigdy nie miał twarzy.
Zatrzymuję się gwałtownie.
Serce nie przyspiesza.
Ale coś… się zaciska.
– Nie… – mówię cicho.
To nie tak było.
Pamiętam.
Pamiętam dokładnie.
A jednak…
Ten obraz nie znika.
Zamiast tego…
Zbliża się.
To nie wspomnienia się zmieniają. To ktoś je poprawia. I zaczyna usuwać rzeczy, które powinnam pamiętać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz