40
Samantha Fitzpatrick
Leżałam na kanapie, owinięta cienkim kocem, z książką opartą o kolana. Było cicho. Tak zwyczajnie cicho, jakby świat na chwilę zapomniał o wszystkim, co złe.
Jax spał przy moich nogach, jego oddech był równy, spokojny. Czasem poruszał łapą, jakby śnił o czymś dobrym. Uśmiechnęłam się lekko, przesuwając dłonią po jego grzbiecie. Tylko w takich momentach czułam, że wszystko może być… normalne.
Wróciłam do książki.
Czytałam o nim – o młodym magizoologu, N. Scamanderze. Był zupełnie inny niż ludzie, których znałam. Skupiony, oddany, jakby świat miał dla niego sens tylko wtedy, gdy mógł chronić coś słabszego. Zwierzęta były dla niego wszystkim. Nie dlatego, że były łatwe – tylko dlatego, że były prawdziwe.
Potrafił tworzyć więzi, jakich inni nie rozumieli. Oswajał to, czego inni się bali.
Zatrzymałam się na chwilę, czytając jedno zdanie drugi raz.
Był skryty, ale dobry. Cichy, ale obecny. Niewinnie urokliwy. Z duszą romantyka.
Westchnęłam cicho.
Tacy ludzie nie istnieją. A jeśli istnieją… to nie tutaj.
Przewróciłam stronę. Opis podróży, niebezpieczeństw, stworzeń, które mogły zabić, a jednak ufały mu bardziej niż ludziom. I on — zawsze znajdował wyjście. Z każdego bagna.
Zamknęłam na moment oczy.
Może właśnie dlatego to czytałam. Bo tam wszystko miało sens. Nawet chaos.
Jax nagle podniósł głowę.
Zamarłam.
Nie szczekał. Nie warczał. Po prostu… patrzył.
W stronę drzwi.
– Co jest? – szepnęłam, bardziej do siebie niż do niego.
Cisza.
Zbyt głęboka.
Zbyt ciężka.
Powietrze nagle zrobiło się inne. Gęstsze. Jakby coś w nim było. Coś, czego nie da się zobaczyć, ale można poczuć pod skórą.
Odłożyłam książkę powoli, bardzo powoli.
Jax wstał. Jego ciało napięło się, ogon zesztywniał.
I wtedy to usłyszałam.
Nie pukanie.
Nie krok.
Coś jak… delikatne przesunięcie. Jakby ktoś oparł się o drzwi od zewnątrz.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
– Halo? – powiedziałam, trochę głośniej, niż planowałam.
Brak odpowiedzi.
Podniosłam się z kanapy. Podłoga skrzypnęła pod stopą i ten dźwięk wydał mi się nienaturalnie głośny.
Każdy krok w stronę drzwi był cięższy niż poprzedni.
Jax był tuż przy mnie. Nie spuszczał wzroku z klamki.
Zatrzymałam się.
Klamka… drgnęła.
Lekko.
Jakby ktoś po drugiej stronie sprawdzał, czy jest zamknięte.
Zamarłam.
Nie oddychałam.
Nie ruszałam się.
Nic.
Przez kilka sekund nie działo się absolutnie nic.
A potem…
Usłyszałam coś jeszcze.
Cichy oddech.
Tuż przy drzwiach.
Po drugiej stronie.
Trzy zdania:
Nie
byłam już sama w tym domu.
Ktoś wiedział, że tu jestem.
I
nie zamierzał odejść.
Nie ruszyłam się od drzwi przez dłuższą chwilę.
Nie wiem ile to trwało — sekundy, minuty. Czas się rozciągnął, jakby ktoś go złapał i powoli rozciągał między palcami.
Jax cicho zawarczał.
– Cicho… – szepnęłam, choć sama nie byłam pewna, czy chcę ciszy, czy dźwięku.
Oddech po drugiej stronie… zniknął.
To było najgorsze.
Nie hałas. Nie obecność.
Tylko to nagłe… nic.
Jakby ktoś stał tam chwilę temu. Jakby ktoś wiedział, że słucham. I przestał oddychać dokładnie w tym momencie.
Zrobiłam powolny krok w tył.
Potem drugi.
Nie otworzę. Nie jestem idiotką.
Wróciłam na kanapę, ale to już nie była ta sama przestrzeń. Koc był zimny. Powietrze ciężkie. Książka leżała tam, gdzie ją zostawiłam, ale wyglądała jak coś obcego.
Jax nie położył się z powrotem. Stał. Patrzył.
W drzwi.
Zawsze ufałam jego instynktowi bardziej niż swojemu.
Sięgnęłam po książkę. Palce lekko mi drżały, ale zmusiłam się, żeby ją otworzyć. Musiałam czymś zająć głowę. Musiałam nie myśleć o tym, co było po drugiej stronie.
Strony zaszeleściły cicho.
I wtedy natrafiłam na fragment, który wcześniej tylko przeleciałam wzrokiem.
Zatrzymałam się.
Zaczęłam czytać wolniej.
„Spoglądam na chłopaka z rozbawieniem. Muszę przyznać, że jest uroczy…”
Czytałam dalej, linijka po linijce, coraz bardziej skupiona. Dziewczyna z tej historii była pewna siebie. Lekka. Swobodna. Bawiła się sytuacją, ludźmi, emocjami.
„…Nie mogę powiedzieć, że to rozumiem, bo sama jestem otwarta, pewna siebie…”
Zacisnęłam palce na kartce.
Nie rozumiałam tego świata.
Ale… chciałam.
„…Robić to, co kochać, mieć z tego pieniądze, cieszyć się życiem…”
Parsknęłam cicho, bez humoru.
Łatwo powiedzieć.
Łatwo napisać.
Zamknęłam oczy na moment, opierając głowę o oparcie kanapy.
Chciałabym być taka. Naprawdę.
Lekka. Spokojna.
Nie nasłuchująca każdego dźwięku.
Nie analizująca każdego ruchu.
Nie zastanawiająca się, czy ktoś stoi po drugiej stronie drzwi i czeka.
Otworzyłam oczy.
Jax się nie ruszył.
Książka opadła lekko na moje kolana.
I wtedy to znowu usłyszałam.
Tym razem nie przy drzwiach.
Za mną.
Z kuchni.
Delikatne… stuknięcie.
Jakby coś metalowego dotknęło blatu.
Powoli odwróciłam głowę.
Światło w kuchni było zgaszone.
Ale widziałam wystarczająco dużo.
Za dużo.
Szuflada, którą zamknęłam wcześniej… była teraz lekko wysunięta.
Zamarłam.
Nie ruszałam się.
Nie oddychałam.
Nie chciałam nawet mrugnąć.
Bo nagle zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam dopuścić do siebie.
To nie był ktoś przed drzwiami.
To było coś, co już tu było.
Od początku.
Trzy zdania:
Drzwi
były zamknięte na klucz.
Okna też.
A jednak nie byłam w
tym domu sama.
Nie ruszyłam się od razu.
Patrzyłam w stronę kuchni, w tę lekko wysuniętą szufladę, jakby miała za chwilę otworzyć się szerzej. Jakby coś z niej miało wyjść.
Ale nic się nie działo.
Cisza znów rozlała się po mieszkaniu, ciężka i lepka.
Przełknęłam ślinę i zmusiłam się, żeby oderwać wzrok.
Nie mogę tak siedzieć. Zwariuję.
Sięgnęłam po książkę. Palce miałam zimne, trochę sztywne, ale uparcie przewróciłam kilka stron dalej, jakby to mogło przywrócić normalność. Jakby czytanie mogło mnie z tego wyrwać.
Zatrzymałam się na kolejnym fragmencie.
„Podczas kąpieli księcia mogłam przyjrzeć się kolekcji jego książek…”
Zmarszczyłam lekko brwi, ale czytałam dalej.
Ogromne, szklane drzwi. Balkon. Królewski ogród. Magiczny staw, który spełnia życzenia.
Na moment… naprawdę to zobaczyłam.
Spokój. Światło. Coś czystego.
Coś, czego nigdy nie było u mnie.
„…moim jedynym marzeniem jest przestanie być służącą…”
Zatrzymałam się.
To zdanie uderzyło mocniej, niż powinno.
Nie dlatego, że rozumiałam tę historię.
Tylko dlatego, że… coś w niej było prawdziwe.
To uczucie bycia kimś, kim się nie chce być.
Bycia uwięzioną w życiu, którego się nie wybrało.
Zacisnęłam palce na kartce.
„…czułam się jak totalny śmieć…”
Oddech mi się spłycił.
Nie lubiłam tego.
Nie lubiłam, kiedy coś zaczynało trafiać za głęboko.
„…jakim trzeba być człowiekiem, żeby zrobić coś tak okropnego…”
Zamknęłam książkę gwałtownie.
Za głośno.
Dźwięk odbił się od ścian i wrócił do mnie jak echo.
Jax drgnął.
Ja też.
I wtedy…
Usłyszałam to znowu.
Nie z kuchni.
Nie od drzwi.
Z góry.
Z sypialni.
Powolne… przeciągnięcie czegoś po podłodze.
Jakby ktoś przesuwał ciężki przedmiot.
Albo…
Ciągnął coś.
Serce zaczęło mi walić tak mocno, że aż zabolało.
Nie mam tam nikogo.
Nikogo.
Zrobiłam jeden krok w stronę schodów.
Potem drugi.
Każdy stopień skrzypiał pod moim ciężarem, zdradzając mnie.
Chciałam się zatrzymać.
Naprawdę chciałam.
Ale coś mnie ciągnęło.
Coś kazało mi iść wyżej.
Jax nie poszedł za mną.
Został na dole.
I to było gorsze niż wszystko inne.
Bo on zawsze był przy mnie.
Zawsze.
A teraz… nie.
Dotarłam na górę.
Drzwi do sypialni były uchylone.
Nie pamiętam, żebym je tak zostawiła.
Pchnęłam je lekko.
Zawiasy jęknęły cicho.
I wtedy zobaczyłam.
Moje łóżko.
Zasłony poruszały się lekko od przeciągu.
Okno było zamknięte.
A na środku podłogi…
Leżała moja książka.
Ta sama, którą trzymałam chwilę temu na dole.
Powoli, bardzo powoli odwróciłam głowę w stronę schodów.
Na dole…
Na kanapie…
Leżała druga.
Nie
przyniosłam jej tutaj.
Nie mam dwóch egzemplarzy.
A ktoś
właśnie pokazał mi, że zna mój dom lepiej niż ja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz