sobota, 28 marca 2026

50. Diamante




50

Diamante Raleigh


Niektóre noce nie są stworzone do snu.

Są stworzone do kończenia spraw.

Silnik jeszcze stygnie, kiedy opieram się o maskę samochodu i odpalam papierosa. Dym wypełnia płuca, powoli, spokojnie — jakby nic się nie wydarzyło. Jakby świat nie rozpadł się właśnie na kawałki, a ja nie stała pośrodku tego wszystkiego, trzymając w dłoniach jego ostatnie fragmenty.

W tle, z radia w aucie, sączy się głos Lana Del Rey.

Cicho. Prawie niewinnie.

Summertime Sadness rozlewa się po pustej przestrzeni jak krew po betonie.

Śmieję się pod nosem.

No proszę… idealny soundtrack do końca świata.

Zaciągam się jeszcze raz i patrzę przed siebie. Na światła miasta. Na miejsce, które kiedyś coś dla mnie znaczyło. Teraz to tylko tło. Scenografia.

Jak w Video Games — wszystko wygląda ładnie, dopóki nie zrozumiesz, że to tylko iluzja.

A ja już dawno przestałam wierzyć w iluzje.

Podnoszę głowę i zamykam oczy. Przez moment pozwalam sobie poczuć to wszystko jeszcze raz — ciężar decyzji, smak adrenaliny, ten moment, kiedy wszystko przestaje mieć znaczenie oprócz jednego: przetrwać.

Bo życie…

to nie bajka.

To nie Young and Beautiful, gdzie ktoś obiecuje, że będzie kochał cię wiecznie.

Ludzie nie kochają wiecznie.
Ludzie odchodzą.
Albo… zostają zmuszeni, żeby odejść.

Otwieram oczy.

I wtedy go widzę.

Stoi kilka metrów dalej, w cieniu, jakby należał do tego miejsca bardziej niż ja.

Nie porusza się.

Nie musi.

Serio? – rzucam, strzepując popiół z papierosa – Myślałam, że masz więcej klasy.

Cisza.

Tylko muzyka.

Teraz leci West Coast — pulsująca, niepokojąca, jak coś, co zaraz eksploduje.

Wiedziałam, że wrócisz – dodaję spokojnie – Tacy jak ty zawsze wracają.

Robi krok do przodu.

Powoli.

Jakby delektował się tą chwilą.

Uśmiecham się.

Ale to nie jest miły uśmiech.

To ten, który mówi: spróbuj.

Wiesz, co jest najzabawniejsze? – przechylam głowę, przyglądając mu się uważnie – Myślałeś, że masz nade mną kontrolę.

Jeszcze jeden krok.

A ja od początku pozwalałam ci tak myśleć.

Cisza między nami jest napięta jak lina.

Jedno złe słowo.

Jeden ruch.

I wszystko się kończy.

Zaciągam się ostatni raz i rzucam niedopałek pod nogi, przygniatając go butem.

Więc jak będzie? – pytam cicho – Chcesz to skończyć, czy dalej będziemy udawać, że mamy wybór?

On się uśmiecha.

I wtedy wiem.

To nie jest koniec.

To nigdy nie miał być koniec.

To tylko kolejna część tej samej historii.

Tej, z której nie da się wyjść czystym.

Podchodzę bliżej.

Tak blisko, że czuję jego oddech.

Pamiętaj jedno – szepczę, patrząc mu prosto w oczy – Ja nie przegrywam.

Milknę na sekundę.

A potem dodaję jeszcze ciszej:

Ja tylko zmieniam zasady gry.

I w tym momencie…

rozlega się dźwięk.

Nie muzyki.

Nie kroków.

Czegoś znacznie gorszego.

Zamarzam.

Bo wiem, co to oznacza.

I pierwszy raz od bardzo dawna…

czuję coś, czego nienawidzę.

Niepewność.

Nie wszystko było tak, jak myślałam.

Nie ja pociągałam za sznurki.

I ktoś właśnie upewnił się, że nigdy więcej nie będę miała takiej pewności.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz