50
Diamante Raleigh
Niektóre noce nie są stworzone do snu.
Są stworzone do kończenia spraw.
Silnik jeszcze stygnie, kiedy opieram się o maskę samochodu i odpalam papierosa. Dym wypełnia płuca, powoli, spokojnie — jakby nic się nie wydarzyło. Jakby świat nie rozpadł się właśnie na kawałki, a ja nie stała pośrodku tego wszystkiego, trzymając w dłoniach jego ostatnie fragmenty.
W tle, z radia w aucie, sączy się głos Lana Del Rey.
Cicho. Prawie niewinnie.
Summertime Sadness rozlewa się po pustej przestrzeni jak krew po betonie.
Śmieję się pod nosem.
– No proszę… idealny soundtrack do końca świata.
Zaciągam się jeszcze raz i patrzę przed siebie. Na światła miasta. Na miejsce, które kiedyś coś dla mnie znaczyło. Teraz to tylko tło. Scenografia.
Jak w Video Games — wszystko wygląda ładnie, dopóki nie zrozumiesz, że to tylko iluzja.
A ja już dawno przestałam wierzyć w iluzje.
Podnoszę głowę i zamykam oczy. Przez moment pozwalam sobie poczuć to wszystko jeszcze raz — ciężar decyzji, smak adrenaliny, ten moment, kiedy wszystko przestaje mieć znaczenie oprócz jednego: przetrwać.
Bo życie…
to nie bajka.
To nie Young and Beautiful, gdzie ktoś obiecuje, że będzie kochał cię wiecznie.
Ludzie
nie kochają wiecznie.
Ludzie odchodzą.
Albo… zostają
zmuszeni, żeby odejść.
Otwieram oczy.
I wtedy go widzę.
Stoi kilka metrów dalej, w cieniu, jakby należał do tego miejsca bardziej niż ja.
Nie porusza się.
Nie musi.
– Serio? – rzucam, strzepując popiół z papierosa – Myślałam, że masz więcej klasy.
Cisza.
Tylko muzyka.
Teraz leci West Coast — pulsująca, niepokojąca, jak coś, co zaraz eksploduje.
– Wiedziałam, że wrócisz – dodaję spokojnie – Tacy jak ty zawsze wracają.
Robi krok do przodu.
Powoli.
Jakby delektował się tą chwilą.
Uśmiecham się.
Ale to nie jest miły uśmiech.
To ten, który mówi: spróbuj.
– Wiesz, co jest najzabawniejsze? – przechylam głowę, przyglądając mu się uważnie – Myślałeś, że masz nade mną kontrolę.
Jeszcze jeden krok.
– A ja od początku pozwalałam ci tak myśleć.
Cisza między nami jest napięta jak lina.
Jedno złe słowo.
Jeden ruch.
I wszystko się kończy.
Zaciągam się ostatni raz i rzucam niedopałek pod nogi, przygniatając go butem.
– Więc jak będzie? – pytam cicho – Chcesz to skończyć, czy dalej będziemy udawać, że mamy wybór?
On się uśmiecha.
I wtedy wiem.
To nie jest koniec.
To nigdy nie miał być koniec.
To tylko kolejna część tej samej historii.
Tej, z której nie da się wyjść czystym.
Podchodzę bliżej.
Tak blisko, że czuję jego oddech.
– Pamiętaj jedno – szepczę, patrząc mu prosto w oczy – Ja nie przegrywam.
Milknę na sekundę.
A potem dodaję jeszcze ciszej:
– Ja tylko zmieniam zasady gry.
I w tym momencie…
rozlega się dźwięk.
Nie muzyki.
Nie kroków.
Czegoś znacznie gorszego.
Zamarzam.
Bo wiem, co to oznacza.
I pierwszy raz od bardzo dawna…
czuję coś, czego nienawidzę.
Niepewność.
Nie wszystko było tak, jak myślałam.
Nie ja pociągałam za sznurki.
I ktoś właśnie upewnił się, że nigdy więcej nie będę miała takiej pewności.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz