34
Samantha Fitzpatrick
Drzwi do mojego mieszkania na Rue du Moulin zamknęły się za mną z cichym kliknięciem, które w tej chwili zabrzmiało głośniej niż powinno. Jakby ktoś chciał, żebym je zapamiętała.
Jax podbiegł pierwszy. Zawsze tak robił. Jego pazury stuknęły o podłogę, ogon uderzał o szafkę w tym samym rytmie, co moje serce. Uklękłam i wtuliłam twarz w jego sierść. Pachniał domem. Ciepłem. Czymś normalnym.
I wtedy to zobaczyłam.
Koperta leżała na stole.
Nie pamiętam, żebym zostawiała ją rano. Jestem typem człowieka, który zauważa takie rzeczy. Zawsze zakładam najgorsze. To mój system obronny. Jeśli coś ma się zawalić, wolę widzieć pęknięcie wcześniej.
Powoli podeszłam bliżej. Jax zamarł. To było dziwne. On nigdy nie zamiera.
Na
kopercie było tylko moje imię.
Samantha.
Bez nazwiska. Bez adresu.
Dotknęłam papieru. Zimny. Jakby ktoś zostawił go chwilę temu.
W środku była kartka. Jedno zdanie.
„Nie wracaj tam.”
Zamarłam.
„Tam” gdzie?
Mój mózg natychmiast zaczął pracować. Kancelaria Wilsona. Rue du Moulin. Wąska uliczka, którą skróciłam sobie drogę dwa dni temu. A może… ktoś?
Tony Montana.
Poczułam, jak coś ściska mnie w środku. Jego spojrzenie wróciło do mnie jak zimna fala. Zbyt długo się zatrzymywało. Zbyt często wiedział, gdzie jestem. Zbyt często „przypadkiem” pojawiał się obok.
Jax warknął cicho.
Odwróciłam się gwałtownie.
Drzwi balkonowe.
Były uchylone.
Jestem pewna, że je zamykałam. Zawsze zamykam. Zawsze sprawdzam dwa razy. To też część mojego systemu.
Powietrze w mieszkaniu nagle stało się ciężkie. Jakby ktoś tu był. Jakby ktoś nadal tu był.
– Halo? – mój głos był cichszy, niż chciałam.
Cisza.
Zrobiłam krok w stronę balkonu. Drugi. Trzeci. Każdy z nich ciągnął się jak coś, czego nie da się zatrzymać.
I wtedy to usłyszałam.
Nie z zewnątrz.
Z łazienki.
Delikatne kliknięcie.
Jakby ktoś przekręcił kurek.
Serce uderzyło mi tak mocno, że aż zabolało.
Nie powinnam tam iść. Każda racjonalna część mnie krzyczała: wyjdź. Uciekaj. Zadzwoń po pomoc.
Ale ja zawsze muszę wiedzieć.
To mój problem.
Powoli ruszyłam w stronę drzwi. Dłoń drżała, kiedy sięgałam do klamki.
Jax szczeknął ostro.
– Cicho… – szepnęłam, choć sama nie wierzyłam w spokój w swoim głosie.
Otworzyłam drzwi.
Światło było zgaszone.
Ale lustro…
Lustro było zaparowane.
A na nim, palcem, ktoś napisał jedno słowo.
„Widziałem.”
Zamarłam.
To nie był żart. To nie był przypadek.
To znaczyło jedno.
Ktoś
był tu wcześniej.
Ktoś mnie obserwuje.
I ktoś wie coś,
czego ja jeszcze nie rozumiem.
Cofnęłam się powoli, czując jak panika zaczyna przebijać się przez moje mechanizmy obronne.
I wtedy zrozumiałam coś jeszcze gorszego.
To nie zaczęło się dzisiaj.
To trwało już od jakiegoś czasu.
Tylko ja… dopiero teraz zaczęłam to widzieć.
Drzwi do mojego mieszkania na Rue du Moulin zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Ten dźwięk rozlał się po ścianach jak coś obcego, jakby nie należał do mojego świata.
Jax przybiegł od razu. Zawsze tak robił. Jego ogon uderzał o szafkę, jego ciepło było jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała mnie w rzeczywistości. Uklękłam przy nim i na chwilę zamknęłam oczy.
I wtedy pomyślałam o czymś, co wróciło do mnie nagle, bez zaproszenia.
Drzewa śpiewają o samotności.
Pamiętam to zdanie. Nie wiem skąd. Może z książki, może z czyjegoś szeptu. Chłopiec, który nigdy nie dorośnie. Wędruje po wrzosowiskach, aż w końcu się gubi, żeby nie musieć myśleć. Żeby nie czuć. Żeby nie pamiętać.
Zawsze wydawało mi się to piękne.
Teraz… było tylko niepokojące.
Podniosłam się powoli. W mieszkaniu było za cicho. Zbyt sterylnie. Jak scena przygotowana specjalnie dla mnie.
I wtedy zobaczyłam kopertę.
Na stole.
Nie zostawiłam jej tam. Jestem pewna. Ja nie zapominam takich rzeczy. Nigdy.
Samantha.
Tylko imię.
Dotknęłam papieru i przez sekundę poczułam coś dziwnego. Jakby to wszystko już się wydarzyło. Jakby ktoś prowadził mnie przez kolejne kroki.
W środku jedno zdanie.
„Nie wracaj tam.”
Tam.
Słowo, które powinno coś znaczyć. A jednak rozlewało się we mnie jak zimna woda, bez kształtu, bez konkretu.
Zamknęłam oczy.
I nagle wróciło wspomnienie.
Światło. Śmiech. Ciepło.
Tak, trzymamy w dłoniach świat. Jesteśmy królami świata. Własnego świata.
Pamiętam, jak kiedyś wszystko było proste. Jak rzeczy miały sens. Jak myśli płynęły swobodnie, z jednej części dnia do drugiej, bez ciężaru, bez lęku. Nie żałowałam wtedy niczego. Byłam tu. Obecna. Bezpieczna.
A potem coś się zmieniło.
Poczułam to teraz dokładnie tak samo jak wtedy.
Ciemność za plecami.
Chłód, który wpełza pod skórę.
Moje kolana niemal się ugięły, jakby ciało pamiętało coś, czego umysł jeszcze nie chciał przyjąć.
Odwróciłam się powoli.
Balkon.
Drzwi były uchylone.
Serce uderzyło mocniej.
Jak szybko mogło zniknąć to piękno?
Jax warknął cicho.
– Halo? – mój głos zabrzmiał obco.
Cisza.
Ale nie taka zwykła.
Ta była ciężka. Obserwująca.
Zrobiłam krok. Potem kolejny.
I wtedy usłyszałam kliknięcie.
Z łazienki.
Nie z zewnątrz. Nie z klatki schodowej.
Stąd.
Z mojego mieszkania.
Mój umysł natychmiast zaczął układać scenariusze. Najgorsze. Zawsze zaczynam od najgorszych. To jedyny sposób, żeby się przygotować.
Ktoś tu jest.
Albo był.
Albo chce, żebym tak myślała.
Podeszłam do drzwi łazienki. Każdy krok był jak decyzja, której nie da się cofnąć.
Jax szczeknął ostrzegawczo.
– Już… – szepnęłam, choć nie wiedziałam, czy uspokajam jego, czy siebie.
Nacisnęłam klamkę.
Ciemność.
Ale lustro było zaparowane.
A na nim ktoś zostawił ślad.
Jedno słowo.
„Widziałem.”
Zamarłam.
I nagle zrozumiałam coś jeszcze.
Ten chłopiec z wrzosowisk. Ten, który widział wszystkie końce świata i nigdy nie dorósł.
To nie była metafora.
To było ostrzeżenie.
Ktoś patrzył.
Ktoś pamiętał.
I ktoś… czekał, aż ja w końcu się zgubię.
Drzewa śpiewają o samotności, chłopiec, który nigdy nie dorośnie. Chodzi po wrzosowiskach, póki nie zabłądzi, żeby o niczym nie myśleć. Jego głowa płowa przeżyła wszystko, co miało się nie przytrafić. Za nic mu złoto i mirra, on jagody i miód. Protoplasta niejakiego Doriana Graya - twarz, co widziała wszystkie końce świata.
Tak, trzymamy w dłoniach świat... Jesteśmy królami świata... Własnego świata. Wszystko takie magiczne, wszystko takie piękne. Nie sposób to opisać Moje myśli ciągle gdzieś odchodzą To z jednej części tego miejsca, do drugiej I nie żałuję, że tu jestem Nagle czuję za sobą ciemność, ogromny chłód, mrozi Moje nagie kolana zginają się Powolnym krokiem odwracam się za siebie Jak szybko mogło zniknąć to piękno?
Drzwi zamknęły się za mną miękko, niemal bezdźwięcznie. Za miękko. Jakby ktoś wcześniej sprawdzał, czy zawiasy nie skrzypią.
Jax przybiegł od razu, ale nie rzucił się na mnie jak zwykle. Zatrzymał się w połowie salonu. Jego ciało było napięte, ogon nieruchomy. Patrzył nie na mnie… tylko gdzieś obok.
Poczułam, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż kręgosłupa.
– Jax…?
Nie zareagował.
Dopiero wtedy zobaczyłam kopertę.
Na stole.
Idealnie wyśrodkowaną.
Jak rekwizyt.
Podeszłam powoli, każdy krok ostrożny, wyważony. To ten moment, kiedy w głowie zaczyna działać mechanizm: zakładaj najgorsze, wtedy przetrwasz.
Moje imię.
Samantha.
Bez nazwiska. Bez adresu.
Rozchyliłam kopertę i wyjęłam kartkę.
„Nie wracaj tam.”
Zaciśnięte gardło. Serce szybciej.
Tam.
Słowo bez twarzy, ale z ciężarem. Kancelaria Wilsona? Ulica? A może ktoś?
Tony.
To imię przemknęło przez myśl jak cień.
Odłożyłam kartkę i rozejrzałam się powoli po mieszkaniu. Wszystko wyglądało normalnie. Za normalnie.
I wtedy coś we mnie pękło.
Nie strach.
Pamięć.
Drzewa śpiewają o samotności.
To zdanie wróciło nagle, jakby ktoś je wcisnął do mojej głowy siłą. Widziałam go. Chłopiec, który nigdy nie dorósł. Włóczył się po wrzosowiskach, aż się gubił, żeby nie myśleć. Żeby nie pamiętać.
Jego twarz.
Zbyt spokojna.
Jakby widział już wszystko.
Jakby przeżył rzeczy, które nie powinny się wydarzyć.
Mrugnęłam. Obraz zniknął.
Zamiast niego – moje mieszkanie.
Ale już nie było takie samo.
Podniosłam wzrok.
Drzwi balkonowe.
Uchylone.
Jestem pewna, że je zamknęłam. Zawsze zamykam. Zawsze sprawdzam dwa razy.
Jax zawarczał. Tym razem głośniej.
Powietrze zrobiło się ciężkie.
I nagle…
Tak, trzymamy w dłoniach świat.
Nie moje myśli. Nie teraz.
Jesteśmy królami świata. Własnego świata.
Zacisnęłam powieki. Wspomnienie. Musiało być wspomnienie. Śmiech. Słońce. Coś lekkiego, jasnego.
Wszystko takie piękne.
Nie sposób to opisać.
Moje myśli biegły wtedy swobodnie, z jednego miejsca do drugiego, bez ciężaru. Bez strachu.
Nie żałowałam, że tam byłam.
I nagle…
Ciemność.
Chłód.
Tak nagły, że aż kolana lekko mi się ugięły.
Otworzyłam oczy.
Byłam tu.
Ale to uczucie nie zniknęło.
Odwróciłam się powoli.
Jak szybko mogło zniknąć to piękno?
Cisza odpowiedziała za mnie.
– Halo?
Nic.
Ale to nie była pusta cisza.
To była cisza, która słucha.
Zrobiłam krok.
Potem drugi.
Łazienka.
Kliknięcie.
Z wnętrza.
Serce przyspieszyło. Umysł natychmiast zaczął układać scenariusze. Najgorsze. Zawsze najgorsze.
Ktoś tu jest.
Albo był.
Albo chce, żebym w to uwierzyła.
Sięgnęłam do klamki.
Jax zaszczekał ostro.
– Cicho…
Nacisnęłam.
Drzwi ustąpiły.
Ciemność.
Ale lustro…
Zaparowane.
Jakby ktoś przed chwilą stał tu i oddychał.
A na nim napis.
Nierówny.
Powolny.
„Widziałem.”
Zamarłam.
Nie poruszyłam się. Nie oddychałam.
I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze.
To nie było ostrzeżenie.
To była informacja.
Ktoś mnie obserwuje.
Od dawna.
I właśnie dał mi znać…
że już wiem wystarczająco dużo, żeby zacząć się bać.
Stałam wciąż przed lustrem, a słowo „Widziałem” zaczynało tracić ostrość, jakby para powoli je pożerała. Jakby ktoś celowo zostawił mi tylko tyle czasu, ile potrzeba, żebym zrozumiała… a potem odebrał dowód.
Oparłam czoło o chłodną powierzchnię szkła.
I wtedy przyszły kolejne słowa.
Nie moje.
Nigdy wcześniej ich tak nie słyszałam, a jednak brzmiały znajomo. Zbyt znajomo.
Możesz myśleć o mnie, że jestem jak wszystkie…
Zamknęłam oczy.
Głos był spokojny. Nie groźny.
To było gorsze.
…ale kiedy będziesz chciał zacząć, przekonasz się, jakie to trudne.
Odetchnęłam płytko.
Zacząć co?
Relację? Grę? Polowanie?
Czy ja już w tym byłam… tylko jeszcze tego nie rozumiałam?
Podniosłam głowę i spojrzałam na siebie.
Na tę twarz. Jedną z wielu.
Zawsze, gdy na mnie spojrzysz…
Cofnęłam się o krok.
To nie był list.
To nie była wiadomość.
To było coś bardziej intymnego. Jakby ktoś mówił do mnie… albo przeze mnie.
Wiedz:
Że jestem smutny.
Słowo „smutny” zawisło w powietrzu jak ciężar.
Nie dlatego…
Zacisnęłam dłonie.
Nie dlatego, co możesz pomyśleć.
Czyli nie zazdrość. Nie obsesja. Nie miłość.
Ale coś innego.
Coś, czego nie rozumiem.
Ale dla czegoś innego.
Dalekiego.
Niepokój zaczął rozlewać się powoli, ale dokładnie. Jak zimna woda pod skórą.
Bo jeśli to nie jest coś oczywistego…
…to jest coś gorszego.
Czym ty się nigdy nie trwożysz.
Otworzyłam oczy szeroko.
I nagle poczułam się… odsłonięta.
Jakby ktoś widział nie tylko to, co robię.
Ale też to, czego się nie boję.
A może… to, czego jeszcze nie zdążyłam się bać.
Odwróciłam się gwałtownie.
Mieszkanie było takie samo.
Kanapa. Stół. Kubek, który zostawiłam rano.
Ale wszystko wydawało się przesunięte o milimetr.
Nie tak, jak powinno być.
Jax stał przy drzwiach.
Patrzył.
Nie na mnie.
Za mnie.
Serce zaczęło walić szybciej.
Powoli odwróciłam głowę.
Drzwi wejściowe.
Zamek.
Minimalnie przekręcony.
Jakby ktoś próbował je otworzyć…
Albo właśnie skończył.
Możesz myśleć o mnie, że jestem jak wszystkie, ale kiedy będziesz chciał zacząć, przekonasz się jakie to trudne. Zawsze, gdy na mnie spojrzysz, Wiedz: Że jestem smutny n i e d l a t e g o (Dlaczegokolwiek, O czem pomyśleć możesz), Ale dla czegoś innego, Dalekiego, Czem ty się nigdy nie trwożysz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz