22
Samantha Fitzpatrick
Biuro nocą nie przypominało miejsca pracy, tylko zamkniętą przestrzeń, w której coś zostało porzucone i zapomniane. Światło jednej lampy rozlewało się po blacie, reszta tonęła w cieniu. Powietrze było ciężkie, nieruchome, jakby każdy dźwięk bał się tu zaistnieć. Siedziałam przed monitorem, patrząc na nazwiska, które zaczynały układać się w coś więcej niż sprawę. Zelda Spellman. Diamante. William Graham. Evanee. Każde z nich było jak punkt na mapie, ale linie między nimi rysowały się same, powoli, niepokojąco, jakby ktoś prowadził moją rękę.
Na biurku leżało zdjęcie. Nie należało do akt, nie powinno tu być. Mężczyzna uchwycony przypadkiem, rozmazany ruch, półprofil. Nie znałam go, a jednak coś w nim było znajome. Patrzyłam za długo, aż obraz zaczął się rozmywać, jakby nie chciał dać się zapamiętać. I wtedy przyszła ta myśl, miękka, nie na miejscu, zupełnie niepasująca do chłodnej logiki tego miejsca.
Chcę dać ci tyle, ile sama nie miałam. Chcę swoim jestestwem uszczęśliwiać cię, jak żadna inna. Chcę móc rozjaśniać twój każdy ponury dzień, widzieć te słodkie zmrużone oczy, kiedy się uśmiechasz. Chcę być twoim oparciem, twoim wszystkim.
Zacisnęłam palce na krawędzi biurka. To nie było moje. A jednak czułam to pod skórą, jakby ktoś zaszczepił mi wspomnienie, którego nigdy nie przeżyłam. Jakby ta sprawa nie tylko sięgała faktów, ale wchodziła głębiej, w miejsca, które powinny pozostać nietknięte.
Ekran zamigotał. Nie dotykałam klawiatury. Plik otworzył się sam. Jedno zdanie, czarne na białym tle. „Nie próbuj ratować innych, jeśli nie wiesz, kto próbował uratować ciebie.” Serce uderzyło mocniej, ale ciało pozostało nieruchome. Cisza w biurze zmieniła się, zgęstniała, jakby ktoś stanął tuż za mną i oddychał powoli, cierpliwie.
Nie odwracałam się od razu. Najpierw spojrzałam na szybę. Odbicie. Moja twarz, światło lampy… i cień, który nie należał do mnie. Delikatny ruch, prawie niewidoczny. Ktoś był za mną.
Wstałam powoli, czując jak napięcie rozlewa się po całym ciele. Zdjęcie mężczyzny wypadło mi z dłoni i opadło na podłogę bezgłośnie. Teraz wszystko miało sens w najgorszy możliwy sposób. To nie była tylko sieć zdarzeń. To było coś, co nas obserwowało, prowadziło, popychało w określone miejsca.
Odwróciłam się gwałtownie.
Nikogo.
Ale cień przy ścianie jeszcze przez ułamek sekundy był za długi. Za gęsty. Jakby ktoś dopiero co się odsunął.
Wtedy zrozumiałam.
To nie był ktoś, kto przyszedł po dokumenty.
To był ktoś, kto sprawdzał… czy już rozumiem.
Nie ruszyłam się od razu. Stałam w miejscu, wsłuchując się w ciszę, która przestała być neutralna. Miała ciężar. Jakby powietrze zostało wcześniej poruszone czyjąś obecnością i jeszcze nie zdążyło opaść. Światło lampy nad biurkiem zadrżało delikatnie, jakby reagowało na coś, czego nie widziałam.
Zrobiłam krok w stronę ściany, gdzie przed chwilą widziałam cień. Powoli. Każdy ruch kontrolowany. W głowie nie było paniki, tylko coś znacznie gorszego. Świadomość.
Ktoś tu był.
Nie przypadkiem.
Nie po dokumenty.
Po mnie.
Dotknęłam palcami zimnej powierzchni ściany. Nic. Gładka, martwa struktura. A jednak miałam wrażenie, że sekundę wcześniej było tu coś więcej. Jakby czyjaś dłoń zostawiła niewidzialny ślad, który zdążył już zniknąć.
Spojrzałam na podłogę. Zdjęcie leżało tam, gdzie upadło. Schyliłam się po nie i wtedy coś zauważyłam. Na odwrocie.
Nie było tam wcześniej żadnego napisu.
Teraz był.
Cienki, nierówny ślad tuszu.
Odwróciłam kartkę powoli.
Jedno zdanie.
„Nie wszystko, co czujesz, należy do ciebie.”
Przez moment świat jakby się cofnął.
To zdanie uderzyło dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. W miejsce, którego nie potrafiłam nazwać.
Bo to było prawdą.
Te myśli sprzed chwili. Te słowa o byciu dla kogoś wszystkim. One nie były moje.
A jednak… czułam je tak, jakby były częścią mnie od zawsze.
Wyprostowałam się powoli.
— Kto tu jest? — powiedziałam cicho.
Głos nie drżał.
Ale odpowiedzi nie było.
Zamiast tego usłyszałam coś innego.
Cichy dźwięk.
Jakby przesunięcie materiału.
Za drzwiami.
Odwróciłam głowę w tamtą stronę.
Korytarz za szybą był pusty. Oświetlony tylko jedną lampą na końcu, która rzucała długi cień przez całą długość przejścia.
Ale coś się tam zmieniło.
Nie potrafiłam powiedzieć co.
Po prostu… wiedziałam.
Ruszyłam w stronę drzwi.
Każdy krok był wolny, ostrożny. W dłoni wciąż ściskałam zdjęcie.
Kiedy położyłam rękę na klamce, poczułam coś dziwnego.
Ciepło.
Jakby ktoś przed chwilą jej dotykał.
Zacisnęłam palce mocniej i otworzyłam drzwi.
Korytarz był pusty.
Ale powietrze było inne niż zwykle.
Świeższe.
Jak po czyjejś obecności.
Zrobiłam krok do przodu.
Potem drugi.
Obcasy cicho uderzały o podłogę, odbijając się echem od ścian.
Na końcu korytarza coś leżało.
Małe.
Białe.
Podeszłam bliżej.
Kartka.
Kolejna.
Podniosłam ją.
Tym razem tekst był dłuższy.
Pisany starannie.
Jak list.
Czytałam powoli.
A każde słowo wbijało się głębiej.
**„Myślisz,
że rozwiązujesz sprawę.
Że układasz fakty.
Że to ty
patrzysz.
Ale to nieprawda.
To my patrzymy na ciebie.
Od początku.
Od pierwszego dnia.
Od pierwszej decyzji, której nie pamiętasz.
Zanim
pojawiła się Zelda.
Zanim pojawiła się Diamante.
Zanim
Will zaczął rozumieć.
Ty już byłaś częścią tej historii.
Tylko jeszcze o tym nie wiedziałaś.”**
Ręce przestały być stabilne.
To nie był strach.
To było coś bardziej pierwotnego.
Uczucie, że grunt pod stopami nie jest tym, czym się wydaje.
Spojrzałam przed siebie.
Na koniec korytarza.
Światło lampy zadrżało.
I wtedy zobaczyłam ruch.
Szybki.
Prawie niewidoczny.
Cień przesunął się w bok, jakby ktoś właśnie skręcił za róg.
Nie myślałam.
Ruszyłam.
Szybko.
Serce przyspieszyło, kroki odbijały się głośniej, ciało reagowało zanim umysł zdążył to zatrzymać.
Dobiegłam do końca korytarza i skręciłam.
Pustka.
Tylko kolejne drzwi.
Zamknięte.
Ale jedno z nich było uchylone.
Delikatnie.
Pchnęłam je.
Pokój był mały.
Prawie pusty.
Stare biurko. Krzesło.
I coś jeszcze.
Na środku podłogi.
Ciemna plama.
Zamarłam.
To nie była woda.
To była krew.
Jeszcze świeża.
Zbyt świeża.
Zrobiłam krok do tyłu.
Serce zaczęło bić szybciej.
I wtedy usłyszałam głos.
Tuż za sobą.
Cichy.
Bliski.
— Za późno.
Odwróciłam się gwałtownie.
Nikogo.
Ale powietrze za mną było jeszcze ciepłe.
A ja nagle zrozumiałam coś, co zmieniło wszystko.
To nie była gra w znalezienie sprawcy.
To była gra w zrozumienie…
dlaczego to wszystko zostało przygotowane właśnie dla mnie.
Nie odwróciłam się od razu. Stałam w progu tego małego pomieszczenia, patrząc na ciemną plamę krwi, która powoli rozlewała się po podłodze, jakby nie była jeszcze gotowa przestać istnieć. Zapach był metaliczny, świeży, zbyt intensywny jak na coś, co miało być już tylko śladem.
Moje dłonie były zimne, ale głowa pracowała jasno. Ktoś tu był chwilę temu. Ktoś krwawił. Ktoś mówił.
I ktoś wiedział, gdzie mnie znaleźć.
Zrobiłam krok do środka. Podłoga skrzypnęła cicho. W tym dźwięku było coś nienaturalnego, jakby pokój sprzeciwiał się mojej obecności. Ściany były szare, matowe, pozbawione czegokolwiek, co mogłoby odciągnąć uwagę od tego jednego punktu na ziemi.
Kucnęłam powoli.
Krew była jeszcze lepka.
Świeża.
Za świeża, żeby to było przypadkowe.
Palce zatrzymały się tuż nad nią, nie dotykając. Wiedziałam, że nie powinnam. Ale coś mnie do tego ciągnęło. Jakby odpowiedzi nie znajdowały się w raportach ani w aktach, tylko właśnie tutaj.
W tym śladzie.
W tej ciszy.
W tym miejscu.
Podniosłam wzrok.
Na ścianie, tuż nad biurkiem, było coś, czego wcześniej nie zauważyłam.
Delikatne zadrapanie.
A pod nim… słowo.
Ledwie widoczne.
„Samantha.”
Cofnęłam się natychmiast.
To nie była sprawa.
To było zaproszenie.
A może ostrzeżenie.
Wyszłam z pokoju szybciej, niż powinnam, zamykając za sobą drzwi z cichym kliknięciem. Korytarz wydawał się teraz dłuższy. Światło na jego końcu bardziej odległe.
Oddychałam płytko, próbując uporządkować myśli, ale one nie chciały się układać. Rozchodziły się we wszystkie strony, jakby coś je rozbijało od środka.
I wtedy znowu to poczułam.
Nie obecność.
Nie ruch.
Coś bardziej subtelnego.
Obserwację.
Jakby ktoś patrzył na mnie nie z zewnątrz, ale z samego środka tej sytuacji. Jakbym była częścią czyjegoś eksperymentu, którego zasad nie znam.
Oparłam się o ścianę na moment, zamykając oczy.
I wtedy przyszło kolejne zdanie.
Nieproszona myśl.
Nie moja.
Słodka jak truskawki latem, a trzyma w łapie tylko kubek słonych łez. Skromna jak pole fiołkowe i to w ponury dzień.
Otworzyłam oczy gwałtownie, jakby ktoś właśnie szepnął mi to do ucha. Korytarz był pusty. Lampy świeciły nieruchomo, nic się nie poruszało, a jednak to zdanie wciąż wisiało w powietrzu, ciężkie, niepokojąco żywe.
Serce biło szybciej.
To już nie były przypadkowe słowa.
To było coś więcej.
Zrobiłam kilka kroków wzdłuż korytarza, powoli, wsłuchując się w każdy dźwięk. Cisza była zbyt idealna. Jakby ktoś ją zaplanował. Jakby była elementem scenariusza.
Moje spojrzenie zatrzymało się na szybie jednego z biur.
I wtedy to zobaczyłam.
Nie w rzeczywistości.
W odbiciu.
Za mną stała sylwetka.
Nieruchoma.
Lekko pochylona, jakby obserwowała mnie z zainteresowaniem.
Odwróciłam się natychmiast.
Nikogo.
Ale kiedy znów spojrzałam w szybę…
Był tam.
Tym razem wyraźniej.
Mężczyzna.
Uśmiechnięty.
Nie szeroko.
Nie groteskowo.
Tylko delikatnie, jak ktoś, kto naprawdę czerpie przyjemność z tego, co widzi.
I wtedy usłyszałam jego głos.
Nie z tyłu.
Nie z boku.
Jakby był wszędzie jednocześnie.
Cichy.
Spokojny.
Prawie… ciepły.
Zawsze marzyłem o tym, by dobrze się bawić, nie przejmując się niczym i po prostu zacząć tańczyć z radości na środku ulicy podczas końca świata, gdzie wokół panuje chaos i panika. Dołączysz i dasz się poprowadzić?
Zamarłam.
To nie brzmiało jak groźba.
I właśnie dlatego było nią najbardziej.
— Kim jesteś… — powiedziałam cicho.
Cień w odbiciu przechylił lekko głowę.
Jakby rozważał odpowiedź.
Ale jej nie udzielił.
Zamiast tego zrobił coś gorszego.
Uniósł rękę.
I wskazał za mnie.
Powoli odwróciłam głowę.
Drzwi do pokoju, w którym była krew…
były teraz szeroko otwarte.
A ciemna plama na podłodze…
zniknęła.
Zostało tylko czyste, zimne linoleum.
Jakby nic się tam nigdy nie wydarzyło.
Zrobiłam krok w tył.
Oddychałam szybciej.
Niemożliwe.
To było niemożliwe.
Spojrzałam z powrotem w szybę.
Sylwetka nadal tam była.
Uśmiech nie zniknął.
— To nie jest realne… — wyszeptałam.
Cień poruszył się minimalnie.
Jakby się z tym nie zgadzał.
A potem…
zrobił krok do przodu.
W stronę mnie.
Ale tylko w odbiciu.
Bo w rzeczywistości…
korytarz nadal był pusty.
I wtedy zrozumiałam.
To nie było coś, co można zatrzymać, złapać, aresztować.
To było coś, co wchodziło do środka.
Do myśli.
Do percepcji.
Do samego sposobu widzenia świata.
Głos odezwał się jeszcze raz.
Ciszej.
Bliżej.
— Już jesteś na środku tej ulicy, Samantha.
Zacisnęłam dłonie.
— Nie tańczę z potworami.
Przez sekundę cisza była absolutna.
A potem cień…
uśmiechnął się szerzej.
I zniknął.
Światło w korytarzu zamigotało gwałtownie.
Raz.
Drugi.
I nagle wszystko wróciło do normy.
Tylko ja już nie byłam taka sama.
Bo wiedziałam jedno.
Ktoś właśnie zaprosił mnie do gry.
I nie miał zamiaru pozwolić mi z niej wyjść.
Wyjście z budynku nie było ucieczką.
Było raczej powolnym wynurzeniem się z jednego koszmaru w drugi, bardziej rozległy. Drzwi zamknęły się za mną ciężko, a ich dźwięk rozszedł się po pustym holu jak ostateczna decyzja, której nie da się cofnąć.
Na zewnątrz noc była chłodna i wilgotna.
Powietrze pachniało deszczem i betonem, ale też czymś jeszcze. Metalem. Jakby miasto samo krwawiło gdzieś poza zasięgiem wzroku. Ulica przed budynkiem była szeroka, niemal pusta, tylko sporadyczne światła samochodów przecinały ją w oddali. Latarnie stały w równych odstępach, każda rzucając okrąg bladego światła, które nie sięgało dalej niż kilka metrów.
Między nimi była ciemność.
Gęsta.
Nieprzenikniona.
Zeszłam po schodach powoli, czując, jak każdy krok wraca do mnie echem. Obcasy uderzały o beton rytmicznie, niemal hipnotycznie. To był jedyny dźwięk, który należał do mnie.
Reszta…
Reszta należała do miasta.
Zaparkowane samochody stały wzdłuż ulicy jak martwe ciała. Mokre karoserie odbijały światło latarni w rozmazanych smugach. Szyby były ciemne, nieprzejrzyste, jakby w środku ktoś siedział i patrzył, ale nie chciał być widziany.
Zatrzymałam się przy krawężniku.
Nie wiedziałam, dokąd iść.
To było nowe.
Zawsze wiedziałam.
Teraz…
teraz miałam wrażenie, że każda decyzja została już wcześniej podjęta.
Przeze mnie.
Albo za mnie.
Ruszyłam przed siebie bez konkretnego celu.
Chodnik był mokry, miejscami śliski. Kałuże zbierały się w zagłębieniach, odbijając fragmenty miasta jak pocięte lustra. W jednej z nich zobaczyłam swoje odbicie. Zniekształcone, drżące, jakby należało do kogoś innego.
Przyspieszyłam kroku.
Im dalej od budynku, tym mniej było światła. Ulica zwężała się, przechodząc w boczną drogę między starymi kamienicami. Tynk odpadał ze ścian, okna były ciemne, niektóre zabite deskami.
Miejsce, które w dzień mogło wyglądać zwyczajnie, nocą zmieniało się w coś znacznie bardziej pierwotnego.
Coś, co obserwuje.
Co czeka.
Wiatr poruszył luźnym kawałkiem blachy gdzieś nad głową. Dźwięk był nagły, ostry, aż podskoczyłam lekko.
Zatrzymałam się.
Słuchałam.
Nic.
Tylko odległy szum miasta i mój własny oddech.
Ruszyłam dalej.
Po kilku minutach dotarłam do miejsca, które wyglądało jak ślepy zaułek. Wąska przestrzeń między dwoma budynkami, kończąca się wysokim, ceglanym murem.
Powinnam się odwrócić.
A jednak weszłam.
Ściany były wilgotne, pokryte cienką warstwą mchu. Zapach był cięższy tutaj, bardziej zamknięty. Każdy krok odbijał się echem, które wracało z opóźnieniem, jakby ktoś szedł za mną pół sekundy później.
Dotarłam do końca.
Mur był wysoki, nierówny, z ciemnymi plamami, które mogły być tylko wilgocią.
Albo czymś innym.
Odwróciłam się powoli.
Wejście do zaułka było teraz dalej, niż zapamiętałam.
Zbyt daleko.
Zrobiłam krok w jego stronę.
I wtedy to poczułam.
Nie dotyk.
Nie ruch.
Obecność.
Za plecami.
Bardzo blisko.
Zamarłam.
Serce zaczęło bić szybciej, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Nie chciało się odwrócić. Jakby instynkt wiedział, że zobaczenie tego czegoś zmieni wszystko.
Powietrze zrobiło się cieplejsze.
Nieznacznie.
Ale wystarczająco, bym to zauważyła.
Czyjś oddech.
Powolny.
Spokojny.
Tuż przy mojej szyi.
— Znalazłaś się dokładnie tam, gdzie powinnaś — usłyszałam.
Głos był ten sam.
Ten z korytarza.
Ten z odbicia.
Zamknęłam oczy na ułamek sekundy.
A potem odwróciłam się gwałtownie.
Nikogo.
Zaułek był pusty.
Ale coś się zmieniło.
Na murze, który jeszcze przed chwilą był jednolity, pojawił się napis.
Świeży.
Wilgotny.
Jakby ktoś właśnie go tam zostawił.
Zbliżyłam się powoli.
Litery były ciemne.
Zbyt ciemne.
Zrozumiałam dopiero po chwili.
To nie była farba.
To była krew.
Czytałam powoli.
„Nie
uciekasz przed nami.
To my uczymy cię, dokąd iść.”
Dreszcz przeszedł mi po plecach.
Odwróciłam się jeszcze raz.
Wejście do zaułka było znowu bliżej.
Normalnie.
Jakby nic się nie wydarzyło.
Ale ja już wiedziałam.
To miejsce nie było przypadkowe.
To była scena.
A ja właśnie odegrałam w niej dokładnie to, co ktoś zaplanował.
Ruszyłam w stronę wyjścia szybciej.
Nie biegłam.
Ale każdy krok był napięty, jakby coś zaraz miało mnie dogonić.
Kiedy wyszłam na główną ulicę, światło latarni uderzyło mnie w oczy.
Miasto znowu wyglądało normalnie.
Samochody. Światła. Odległe dźwięki.
Ale to była tylko powierzchnia.
Pod spodem coś się przesuwało.
Coś, co zaczynało obejmować coraz więcej.
Zeldę.
Diamante.
Evanee.
Willa.
I mnie.
Spojrzałam jeszcze raz w stronę zaułka.
Był pusty.
Ciemny.
Zwyczajny.
Ale wiedziałam, że jeśli tam wrócę…
nie zobaczę tego samego miejsca.
I wtedy w kieszeni poczułam coś ostrego.
Zamarłam.
Powoli wsunęłam dłoń do środka.
Wyciągnęłam mały, złożony kawałek papieru.
Nie wkładałam go tam.
Rozwinęłam go ostrożnie.
Jedno zdanie.
Krótko.
Precyzyjnie.
„Następny ruch należy do ciebie.”
Spojrzałam przed siebie.
Na miasto.
Na noc.
I pierwszy raz od dawna poczułam coś wyraźnego.
Nie strach.
Decyzję.
Stałam jeszcze chwilę na tej ulicy, ściskając w dłoni złożoną kartkę, jakby była jedynym dowodem na to, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Miasto oddychało ciężko, światła odbijały się w mokrym asfalcie, a każdy przejeżdżający samochód zostawiał po sobie smugę dźwięku, która znikała zbyt szybko. Wszystko było normalne. Zbyt normalne. Jak scenografia, która ma tylko udawać rzeczywistość.
Ruszyłam przed siebie, tym razem już świadomie. Nie uciekałam. Nie błądziłam. Szłam, jakby ktoś wcześniej wyznaczył tę trasę, a ja dopiero teraz zaczynałam ją rozumieć. Ulica prowadziła w stronę starszej części miasta, gdzie budynki były niższe, bardziej zniszczone, a światło latarni rzadsze i bardziej rozproszone. Okna były ciemne, niektóre zasłonięte ciężkimi zasłonami, inne puste, jakby ktoś wyprowadził się w pośpiechu i zapomniał wrócić.
Minęłam zamknięty sklep spożywczy, witryna była zaparowana od środka, choć nie było w nim światła. Na chwilę zwolniłam, bo coś w tej szybie przyciągnęło mój wzrok. Odbicie. Moje… i coś jeszcze. Cień za moim ramieniem. Odwróciłam się natychmiast. Pusta ulica. Tylko deszcz i odległy dźwięk syreny. Kiedy spojrzałam z powrotem, odbicie było już tylko moje. Ale serce przyspieszyło, jakby ciało wiedziało coś, czego umysł jeszcze nie chciał przyjąć.
Szłam dalej. Każdy krok był bardziej świadomy. Każdy dźwięk analizowany. Kiedy skręciłam w węższą ulicę, poczułam zmianę natychmiast. Powietrze było cięższe, wilgotniejsze, jakby nie miało gdzie uciec. Ściany budynków zbliżały się do siebie, ograniczając przestrzeń, a światło latarni było tu słabsze, bardziej rozmyte. Na ziemi leżały śmieci, stare gazety przyklejone do betonu, puste butelki, coś, co kiedyś mogło być ubraniem.
I wtedy zobaczyłam go.
Stał kilka metrów dalej, oparty o ścianę. Nieruchomy.
Ten sam chłopak ze zdjęcia.
Idealnie ułożone włosy, jakby deszcz go nie dotykał. Spokojna twarz, lekki uśmiech, który nie pasował do tej scenerii. Wyglądał jak ktoś wyjęty z zupełnie innego świata i wklejony tutaj bez wyjaśnienia.
— Fjor — powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Uniósł lekko głowę, jakby czekał na to imię.
— Szybko się uczysz — odpowiedział spokojnie.
Jego głos był dokładnie taki, jak go zapamiętałam. Lekki, niemal przyjazny. I właśnie to było w nim najbardziej niepokojące.
Zatrzymałam się kilka kroków od niego. — Śledzisz mnie?
Uśmiechnął się delikatnie. — To takie ludzkie słowo. Śledzenie. Jakby wszystko musiało mieć prostą definicję.
— Więc jak to nazwiesz?
— Obserwacją — odpowiedział bez wahania. — Uczeniem się.
Deszcz spływał po jego twarzy, ale nie mrugał, nie ocierał go. Jakby nie czuł zimna, wilgoci, niczego.
— Czego się uczysz?
Zrobił krok w moją stronę. Powoli. Bez napięcia. — Ciebie.
To jedno słowo uderzyło mocniej niż jakakolwiek groźba.
— Dlaczego ja?
Zatrzymał się. Jego spojrzenie zmieniło się nieznacznie. Stało się głębsze. Starsze. — Bo jesteś w punkcie przecięcia.
— Czego?
— Wszystkiego.
Cisza między nami zgęstniała.
— Zelda — powiedział nagle. — Ona wierzy, że kontroluje swoją sytuację. Diamante myśli, że już wszystko straciła. Evanee zaczyna rozumieć, ale jeszcze nie wie, co z tym zrobić. Will widzi więcej niż powinien.
Zrobił krótką pauzę.
— A ty?
Nie odpowiedziałam.
Bo nie znałam odpowiedzi.
Uśmiechnął się lekko. — Ty jeszcze nie zdecydowałaś, kim jesteś w tej historii.
— A ty? — zapytałam ostro. — Kim jesteś?
Na moment jego twarz zmieniła się prawie niedostrzegalnie. Jakby maska przesunęła się o milimetr. — Kimś, kto widział już takie historie. Wiele razy.
— I zawsze kończą się tak samo?
— Nigdy — odpowiedział cicho. — I właśnie dlatego są interesujące.
Wiatr przeszedł przez ulicę, unosząc papier z ziemi i przesuwając go między nami. Fjor spojrzał na niego, jakby to był element sceny, który ktoś celowo tam umieścił.
— Powinnaś już iść — powiedział nagle.
— Dokąd?
— Tam, gdzie prowadzi cię następny ruch.
Poczułam w kieszeni kartkę, którą znalazłam wcześniej.
— A jeśli nie chcę grać?
Spojrzał na mnie spokojnie.
— Już grasz.
Te słowa zawisły między nami ciężko. Mrugnęłam tylko na sekundę. Kiedy otworzyłam oczy… zniknął. Ulica była pusta. Tylko deszcz, światło i echo jego słów, które nie chciało zniknąć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz