19
Samantha Fitzpatrick
Noc miała w sobie coś ciężkiego. Nie była zwykłą nocą miasta, w którym ludzie wracają do domów, zapalają światła w oknach i pozwalają, by codzienność zamknęła za nimi drzwi. Ta noc była inna. Cicha w sposób, który nie przynosił spokoju.
Siedziałam przy biurku w pustym już niemal biurze. Większość świateł była wyłączona, a jedynym źródłem jasności była lampka stojąca przy konsoli, rzucająca na ścianę żółtawy krąg światła. Dokumenty leżały rozrzucone przede mną jak fragmenty układanki, której nikt jeszcze nie potrafił ułożyć.
Sprawa Zeldy Spellman nie dawała mi spokoju.
Wilson wyszedł godzinę temu, mówiąc tylko, żebym „przemyślała wszystko jeszcze raz”. Jego ton był spokojny, ale znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że to nie była prosta analiza.
To była ostrzeżenie.
Palcami przesuwałam po kartce z jej profilem psychologicznym. Zdjęcie było czarno-białe. Zelda patrzyła prosto w obiektyw. Uśmiechała się.
Ten uśmiech był najgorszą częścią.
Nie
był szyderczy.
Nie był zimny.
Był… zwyczajny.
A jednak w aktach znajdowały się rzeczy, które nie pasowały do zwyczajnych ludzi.
Podniosłam wzrok znad dokumentów i spojrzałam przez przeszkloną ścianę biura. Korytarz był pusty. Długie jarzeniówki migotały od czasu do czasu, rzucając nierówne światło na szarą wykładzinę. Cisza była tak gęsta, że słyszałam własne tętno.
Przypomniałam sobie coś, co mówił dziś Wilson.
Nie
zawsze istnieje bohater.
I nie zawsze pojawia się potwór.
Większość ludzi jest gdzieś pomiędzy.
Zelda Spellman… była dokładnie gdzieś pomiędzy.
Zamknęłam teczkę i oparłam się o krzesło. Wtedy usłyszałam kroki.
Powolne.
Miękkie.
Odwróciłam głowę.
W drzwiach stała Annabell-Mary Lavelle.
Jej jasne włosy były związane niedbale, jakby została tu dłużej niż planowała. W dłoniach trzymała dwa papierowe kubki.
— Wiedziałam, że jeszcze siedzisz — powiedziała cicho.
Postawiła jeden kubek przy mojej ręce. Zapach kawy uniósł się w powietrzu.
— Myślisz o niej — dodała po chwili.
Nie było w tym pytania.
Skinęłam głową.
— Coś tu się nie zgadza.
Annabell usiadła na brzegu biurka i przez chwilę milczała.
— Zauważyłaś coś jeszcze? — zapytała w końcu.
Spojrzałam na dokumenty.
— Zelda jest w więzieniu od miesięcy — powiedziałam powoli. — A mimo to wydarzenia, które analizujemy… zaczęły się później.
Annabell zmarszczyła lekko brwi.
— Myślisz, że ktoś działa za nią?
Pokręciłam głową.
— Nie wiem.
Cisza znów wypełniła pokój.
Z daleka dobiegł dźwięk windy. Metaliczny, głuchy.
Obie spojrzałyśmy w stronę korytarza.
— O tej porze? — mruknęła Annabell.
Nikt nie powinien już przyjeżdżać.
Wstałam.
Coś w powietrzu zmieniło się nagle. Trudno było to nazwać, ale instynkt mówił jedno: coś było nie tak.
Podeszłam do drzwi i wyjrzałam na korytarz.
Światło jarzeniówek drżało. Windy stały na końcu korytarza jak dwa ciemne prostokąty.
Jedna z nich właśnie się otwierała.
Drzwi rozsunęły się powoli.
Nikogo w środku.
Tylko puste wnętrze kabiny.
Za moimi plecami Annabell odezwała się cicho:
— Samantha…
Odwróciłam się.
W jej dłoni była kartka.
Nie widziałam jej wcześniej na biurku.
Mała. Złożona na pół.
— To leżało przy twoich aktach — powiedziała.
Wzięłam ją.
Papier był chłodny.
Rozłożyłam kartkę.
Na środku, czarnym tuszem, napisane były tylko cztery słowa:
„ON JUŻ WIE.”
Serce zabiło mi mocniej.
— Kto? — szepnęła Annabell.
Nie odpowiedziałam.
Bo nagle przypomniałam sobie coś z raportu Willa Grahama.
Jedno zdanie, które podkreśliłam wcześniej ołówkiem:
„Niektóre umysły nie potrzebują wolności, żeby polować.”
I wtedy światło na korytarzu zgasło. Jedna jarzeniówka po drugiej. Ciemność spłynęła korytarzem jak powolna fala A gdzieś w budynku… coś się poruszyło.
Jedna jarzeniówka po drugiej gasła z suchym trzaskiem, jakby ktoś przesuwał dłonią po przełącznikach całego piętra. Korytarz, który jeszcze chwilę temu był zimny i pusty, teraz przypominał długą studnię, w której światło było tylko wspomnieniem.
Stałam w progu gabinetu, ściskając kartkę z czterema słowami.
ON JUŻ WIE.
Papier był cienki, ale miał w sobie ciężar czegoś więcej niż zwykła wiadomość. Ktoś musiał wejść do naszego biura. Ktoś wiedział, gdzie leżą akta Zeldy Spellman. Ktoś był tu tak blisko, że mógł zostawić tę kartkę na moim biurku, kiedy siedziałam kilka metrów dalej.
Powoli odwróciłam głowę w stronę Annabell.
W półmroku jej twarz była napięta, ale spokojna. Zawsze taka była. Delikatna, uprzejma, z tym łagodnym spojrzeniem, które potrafiło uspokoić klientów.
Teraz jednak patrzyła na korytarz.
— Słyszałaś to? — zapytała cicho.
Wstrzymałam oddech.
Najpierw była cisza.
Potem coś.
Nie kroki.
Coś bardziej nieregularnego. Jakby metal uderzył lekko o metal. Gdzieś dalej w korytarzu.
Drzwi windy wciąż były otwarte. Czarne wnętrze kabiny wyglądało jak gardło ogromnego zwierzęcia.
— Zamknę je — powiedziałam.
Annabell od razu pokręciła głową.
— Nie.
Jej ton był stanowczy.
— Najpierw sprawdźmy monitoring.
To było racjonalne. Logiczne. Wilson zawsze powtarzał, że w takich chwilach najgorsze, co można zrobić, to działać instynktownie.
Ruszyłyśmy razem w stronę konsoli przy recepcji.
Komputery były wciąż włączone. Ekrany rzucały bladoniebieskie światło, które rozcinało półmrok jak zimny reflektor.
Usiadłam przy panelu.
Nagrania z kamer.
Klik.
System załadował obraz.
Najpierw parking.
Pusty.
Potem hol.
Cichy.
Kolejna kamera.
Windy.
Serce zabiło mi szybciej.
Na nagraniu widać było kabinę. Tę samą, która teraz stała otwarta na końcu korytarza.
— Cofnij — szepnęła Annabell.
Przesunęłam nagranie o kilka minut.
Obraz zatrzymał się.
Kabina była zamknięta.
Nagle drzwi zaczęły się rozsuwać.
Powoli.
Tak samo jak teraz.
Ale na nagraniu… ktoś w niej stał.
Postać była wysoka. Mężczyzna. Kamera łapała tylko fragment twarzy w cieniu.
Ciemny płaszcz.
Szerokie ramiona.
I coś jeszcze.
Kiedy drzwi otworzyły się do końca, mężczyzna nie wyszedł.
Po prostu stał.
Patrzył prosto w kamerę.
Jakby wiedział, że ktoś będzie to oglądał.
Annabell wstrzymała oddech.
— Powiększ.
Kliknęłam.
Obraz zbliżył się o kilka pikseli.
Twarz była nadal niewyraźna.
Ale coś było w jego oczach.
Coś spokojnego.
Zbyt spokojnego.
Wtedy postać zrobiła jeden krok do przodu.
I obraz nagle się urwał.
Ekran zamigotał.
Pojawił się szum.
— Co do… — mruknęłam.
System sam przewinął nagranie dalej.
Kolejna klatka.
Kabina windy była pusta.
— Nie wyszedł? — zapytała Annabell.
— Kamera korytarza powinna go złapać.
Przełączyłam widok.
Korytarz.
Ten sam, który widziałam teraz przez szybę.
Na nagraniu był pusty.
Ani jednej osoby.
Ani jednego ruchu.
Jakby człowiek z windy… po prostu zniknął.
Annabell odsunęła się powoli od monitora.
— Samantha…
Jej głos był cichy.
— Jeśli on nie wyszedł z windy…
Nie dokończyła.
Bo wtedy coś stuknęło.
Za nami.
Powoli odwróciłyśmy się w stronę korytarza.
Drzwi windy zaczęły się zamykać.
Same.
Metalowe skrzydła przesuwały się powoli, z ciężkim, przeciągłym dźwiękiem.
A zanim zamknęły się całkiem…
Przysięgłabym, że zobaczyłam coś w środku.
Nie sylwetkę.
Nie twarz.
Tylko odbicie.
Na tylnej ścianie kabiny.
Kogoś stojącego tuż za nami.
W biurze.
Serce zamarło mi w piersi.
Odwróciłam się gwałtownie.
Recepcja była pusta.
Tylko lampka nad konsolą świeciła słabym światłem.
I wtedy zobaczyłam coś jeszcze.
Na moim biurku.
Kartkę.
Drugą.
Nie było jej tam wcześniej.
Podeszłam powoli.
Annabell była tuż za mną.
Drżącą dłonią podniosłam papier.
Rozłożyłam go.
Tym razem zdanie było krótsze.
I napisane tym samym czarnym tuszem.
„Powiedz Willowi, że już zacząłem.”
W pomieszczeniu zrobiło się lodowato.
Bo tylko jedna osoba w tej sprawie wiedziała, kim jest Will Graham.
I była zamknięta… kilka stanów dalej.
W więziennej celi.
Zelda Spellman.
Przez kilka sekund nie byłam w stanie się poruszyć.
Kartka w mojej dłoni wydawała się cięższa niż powinna. Cienki papier, kilka słów zapisanych czarnym tuszem, a jednak coś w nich miało wagę kamienia.
„Powiedz Willowi, że już zacząłem.”
Czułam, jak moje serce przyspiesza, a w głowie zaczyna pracować chłodna, analityczna część umysłu. Ta sama, która pozwalała mi nie panikować, gdy sytuacja wymykała się spod kontroli.
— Samantha… — głos Annabell był ledwie słyszalny.
Podniosłam wzrok.
Stała kilka kroków ode mnie, ręce skrzyżowane na piersi, jakby próbowała powstrzymać dreszcz.
— To jakiś żart? — zapytała.
Pokręciłam głową powoli.
— Nie.
To nie był żart.
To było coś znacznie gorszego.
Usiadłam z powrotem przy biurku i rozłożyłam obie kartki obok siebie. Pierwsza: ON JUŻ WIE. Druga: Powiedz Willowi, że już zacząłem.
Ten sam charakter pisma.
Ten sam czarny tusz.
Ten sam chłodny spokój w konstrukcji zdań.
Annabell podeszła bliżej.
— Myślisz, że to ktoś z budynku?
— Gdyby tak było, monitoring by go pokazał.
— A jednak ktoś wszedł.
Przesunęłam palcem po papierze, czując delikatną fakturę włókien. Kartka była zwykła. Biurowa. Nic wyjątkowego.
Ale sposób, w jaki została tu zostawiona… był niemal demonstracyjny.
Ktoś chciał, żebyśmy ją znalazły.
— Zelda — powiedziałam w końcu.
Annabell uniosła brwi.
— Myślisz, że to ona?
— Myślę, że to ktoś, kto chce, żebyśmy tak pomyślały.
Wstałam i podeszłam do okna.
Miasto nocą wyglądało spokojnie. Światła samochodów przesuwały się powoli ulicami jak strumienie żółtych i czerwonych punktów. Z góry wszystko wydawało się normalne.
Ale gdzieś w tym mieście ktoś właśnie rozpoczął grę.
I najwyraźniej chciał, żebyśmy o tym wiedzieli.
Za moimi plecami Annabell odezwała się ponownie.
— Samantha… kim jest Will Graham?
Odwróciłam się.
Przez moment zastanawiałam się, ile powinnam powiedzieć.
W końcu odpowiedziałam:
— Agent FBI.
— Były?
— Formalnie wykładowca kryminalistyki.
Annabell zmarszczyła brwi.
— A nieformalnie?
Milczałam przez chwilę.
— Człowiek, który potrafi wejść do głowy mordercy.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
— Dosłownie? — zapytała.
— Nie.
Oparłam się o biurko.
— Ale kiedy patrzy na miejsce zbrodni, potrafi zobaczyć wszystko tak, jak widział to sprawca. Ich logikę. Ich emocje. Ich strach.
Annabell skrzywiła się lekko.
— To brzmi… niebezpiecznie.
— Jest.
Złożyłam kartki i wsunęłam je do teczki.
— Dlatego ktoś chce, żebyśmy mu to przekazali.
— A jeśli to pułapka?
— Wtedy i tak musimy to sprawdzić.
W tej chwili rozległ się dźwięk telefonu.
Obie drgnęłyśmy.
Telefon stał na moim biurku.
Czarny aparat.
Wyświetlacz świecił białym światłem.
NUMER NIEZNANY.
Spojrzałam na Annabell.
— Odbierzesz? — zapytała.
Przez sekundę wahałam się.
Potem podniosłam słuchawkę.
— Halo?
Przez chwilę nie było odpowiedzi.
Tylko cichy oddech.
Potem męski głos.
Spokojny.
Zbyt spokojny.
— Samantha.
Zamarłam.
— Skąd znasz moje imię?
Krótka pauza.
— Bo jesteś częścią historii.
Poczułam, jak zimno przechodzi mi po plecach.
— Kim jesteś?
W słuchawce rozległ się cichy śmiech.
Nie głośny.
Nie szalony.
Raczej… uprzejmy.
— Pytanie brzmi inaczej — powiedział głos.
— Jak?
— Czy zdążycie go zatrzymać, zanim zrozumiecie, kim naprawdę jest Zelda Spellman.
Serce zaczęło mi walić jak młot.
— Kim ona jest?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
A potem głos powiedział coś, co sprawiło, że całe napięcie tej nocy nagle nabrało nowego znaczenia.
— Ona nie jest potworem.
Pauza.
— Ona jest kluczem.
Linia została przerwana.
Słuchawka w mojej dłoni nagle wydała się lodowata.
Annabell-Mary patrzyła na mnie z napięciem.
— Co powiedział?
Powoli odłożyłam telefon.
I wtedy zrozumiałam jedną rzecz.
Gra dopiero się zaczynała.
A Zelda Spellman, zamknięta w więziennej celi setki kilometrów stąd…
…była w samym jej centrum.
Po odłożeniu słuchawki przez chwilę nikt się nie odezwał.
W biurze panowała cisza tak głęboka, że miałam wrażenie, jakby ściany budynku zaczęły oddychać. Noc zawsze była tu cicha, ale teraz cisza była inna. Gęsta. Nieprzyjazna.
Annabell patrzyła na mnie uważnie.
— Samantha?
Nie odpowiedziałam od razu. Wpatrywałam się w telefon, jakby spodziewała się, że znów zadzwoni.
Nie zadzwonił.
Zamiast tego w oddali rozległ się głuchy stuk. Jakby ktoś zamknął ciężkie drzwi gdzieś na niższym piętrze.
— Powiedział, że Zelda nie jest potworem — odezwałam się w końcu.
Annabell zmarszczyła brwi.
— To chyba dobrze?
— Nie.
Spojrzałam na nią powoli.
— Powiedział, że jest kluczem.
Słowo zawisło między nami jak coś ciężkiego.
Annabell odwróciła wzrok w stronę korytarza. Światło jarzeniówki na końcu sufitu znów zaczęło migotać, krótkimi, nerwowymi błyskami.
— Kluczem do czego?
Nie wiedziałam.
I to było najgorsze.
Wzięłam teczkę Zeldy i otworzyłam ją ponownie. Zdjęcie z akt spojrzało na mnie tym samym spokojnym uśmiechem.
Za spokojnym.
W raportach było coś dziwnego. Wcześniej czułam to tylko intuicyjnie, ale teraz nagle zaczynało się układać w coś bardziej konkretnego.
— Annabell… — powiedziałam powoli.
— Tak?
— Zauważyłaś, że w jej aktach jest bardzo mało szczegółów z pierwszych lat życia?
Annabell podeszła bliżej i nachyliła się nad dokumentami.
— Widziałam. Ale myślałam, że to normalne.
— Nie jest.
Przewróciłam kilka stron.
— Kiedy ktoś trafia do więzienia federalnego, zbierają wszystko. Szkołę. Rodzinę. Leczenie. Kontakty.
Przesunęłam palcem po pustej rubryce.
— A tu… prawie nic.
Annabell milczała.
— Jakby ktoś to wyczyścił — dodałam.
W tej chwili znów usłyszałyśmy dźwięk.
Nie z korytarza.
Z góry.
Jakby ktoś przesuwał ciężki przedmiot po podłodze na piętrze wyżej.
Annabell natychmiast podniosła głowę.
— W budynku jest jeszcze ktoś?
— Ochrona powinna być na parterze.
— Powinna?
— Tak.
Znów ten dźwięk.
Tym razem bliżej.
Powolny.
Szurający.
Poczułam, jak napięcie powoli wpełza pod skórę.
— Może to sprzątaczka — powiedziała Annabell, ale jej głos nie brzmiał przekonująco.
— Sprzątaczka nie pracuje o tej godzinie.
Zamknęłam teczkę.
— Zostań tu.
— Samantha…
— Sprawdzę tylko schody.
Wyszłam na korytarz.
Powietrze było chłodniejsze niż wcześniej. Jakby klimatyzacja nagle przyspieszyła. Albo jakby ktoś otworzył gdzieś drzwi prowadzące na zewnątrz.
Światło jarzeniówek migotało słabo.
Schody znajdowały się kilka metrów dalej.
Każdy krok odbijał się echem.
Serce biło mi szybciej, ale umysł pracował chłodno.
Logika.
To zawsze powtarzał Wilson.
Logika najpierw.
Dotarłam do drzwi klatki schodowej i nacisnęłam klamkę.
Metal zaskrzypiał cicho.
Otworzyłam drzwi.
Klatka schodowa była ciemna.
Jedna żarówka na półpiętrze rzucała słabe światło.
I wtedy go zobaczyłam.
Na górnym biegu schodów.
Sylwetkę.
Stał nieruchomo.
Tylko cień ramion i głowy widoczny na tle słabego światła.
Nie ruszał się.
Nie schodził.
Nie mówił.
Po prostu… patrzył.
— Kto tam jest? — zapytałam.
Cisza.
Potem powolny ruch.
Sylwetka zrobiła jeden krok w dół.
Światło odsłoniło fragment twarzy.
I wtedy coś we mnie zamarło.
Bo przez sekundę miałam wrażenie, że widzę kogoś znajomego.
Nie z życia.
Z dokumentów.
Z raportów.
Z fotografii, które oglądałam wcześniej dziesiątki razy.
Serce uderzyło mocniej.
To nie było możliwe.
Zrobiłam krok do tyłu.
— Annabell! — zawołałam.
Ale kiedy odwróciłam się w stronę korytarza, żeby ją zawołać, zobaczyłam coś, co sprawiło, że zimno przeszyło mnie aż do kości.
Drzwi naszego biura były otwarte.
Światło w środku zgasło.
A na podłodze przy recepcji leżała jedna z kartek.
Ta druga.
Z czarnym tuszem.
I nowym zdaniem dopisanym pod spodem.
Powoli podeszłam bliżej.
Schyliłam się.
Przeczytałam.
„Za późno.”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz