11
Diamante Raleigh
Noc w Valmont miała kolor popiołu i starego wina. Zawsze tak ją widziałam. Ulice po zmroku stawały się ciche, jakby całe miasto nagle zapominało oddychać, a wiatr sunął między budynkami jak ktoś, kto zna wszystkie sekrety i nie zamierza ich zdradzić. Siedziałam na schodach mojej starej chatki przy Rue des Ateliers, z gitarą opartą o kolano i papierosem tlącym się między palcami.
Drewno pod stopami było zimne i chropowate. Ten dom miał swoje lata. Skrzypiał przy każdym ruchu, a w ścianach czasem słychać było ciche trzaski, jakby coś w środku próbowało się wydostać. Ludzie z Valmont mówili, że to tylko stare belki pracują w nocy. Ja wiedziałam swoje. Nie wierzyłam w duchy. Ale wierzyłam w to, że domy zapamiętują wszystko.
Zapamiętują
krzyki.
Zapamiętują łzy.
Zapamiętują kłamstwa.
Wciągnęłam dym i pozwoliłam mu powoli wypłynąć z ust. Smak był gorzki. Lubiłam ten smak. Był szczery. Nie udawał niczego przyjemnego.
Mężczyźni byli dokładnie odwrotni.
Na chwilę zamknęłam oczy. W głowie pojawiły się obrazy, których nigdy nie potrafiłam całkiem wyrzucić. Twarze. Głosy. Obietnice wypowiadane tonem tak miękkim, że aż mdliło mnie teraz na samo wspomnienie.
„Jesteś
wyjątkowa, Diamante.”
„Nigdy cię nie skrzywdzę.”
„Możesz
mi ufać.”
Kłamstwa.
Każde z nich brzmiało pięknie tylko do momentu, gdy pękało jak cienkie szkło. A kiedy pękało, zostawiało w środku coś ostrzejszego niż nóż.
Dlatego teraz wolałam noc. Noc była uczciwa. Nie udawała światła. Nie udawała nadziei. Była ciemna i zimna, i dokładnie taka powinna być.
Podniosłam gitarę i przeciągnęłam palcami po strunach. Cichy dźwięk rozlał się w powietrzu. Zawsze grałam wieczorami. Muzyka była jedyną rzeczą, która potrafiła uspokoić chaos w mojej głowie.
Zaczęłam śpiewać cicho.
To była „Ultraviolence” Lany Del Rey.
Ta piosenka zawsze była jak rana, którą ktoś dotyka palcem tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal boli.
“He hit me and it felt like a kiss…”
Mój głos wypełnił mały ogród przed domem. Był niski i miękki, ale miał w sobie coś ciężkiego. Ludzie w barach często milczeli, kiedy śpiewałam. Nie dlatego, że byłam doskonała.
Tylko dlatego, że brzmiało to prawdziwie.
Śpiewałam powoli, czując jak każde słowo spływa przez gardło jak gęsty miód zmieszany z trucizną.
“Jim brought me back, reminded me of when we were kids…”
Zatrzymałam się nagle w połowie wersji.
Cisza spadła gwałtownie.
Coś poruszyło się w ciemności za ogrodzeniem.
Podniosłam głowę.
Ulica Rue des Ateliers była prawie pusta o tej porze. Stare latarnie rzucały blade, żółte światło, które bardziej pogłębiało cienie niż je rozpraszało.
Ale teraz w jednym z tych cieni ktoś stał.
Nieruchomo.
Zmrużyłam oczy.
Sylwetka była wysoka. Mężczyzna. Nie widziałam twarzy, bo stał dokładnie w miejscu, gdzie światło latarni się kończyło.
— Jeśli chcesz słuchać koncertu — powiedziałam chłodno — trzeba kupić bilet.
Cisza.
Postać nie ruszyła się ani o centymetr.
Papieros dopalił się między moimi palcami. Strzepnęłam popiół na ziemię.
— Albo przynajmniej powiedzieć „dobry wieczór” — dodałam.
Wtedy mężczyzna zrobił krok do przodu.
Światło latarni musnęło jego twarz tylko na moment.
Nie wystarczyło, żeby ją dobrze zobaczyć.
Ale wystarczyło, żebym poczuła coś dziwnego.
Nie strach.
Nie.
Raczej… irytację.
Jak wtedy, gdy ktoś próbuje wejść do twojej historii bez zaproszenia.
— Szuka pan drogi? — zapytałam lodowato.
Mężczyzna przechylił lekko głowę.
A potem powiedział coś, co sprawiło, że palce na gryfie gitary lekko się zacisnęły.
— Ty jesteś Diamante Raleigh.
Nie było w tym pytania.
To było stwierdzenie.
Powietrze zgęstniało.
— A jeśli? — odpowiedziałam powoli.
Mężczyzna uśmiechnął się w cieniu.
— W takim razie ktoś bardzo chce się z tobą spotkać.
Odłożyłam gitarę na schody.
Wstałam powoli.
Czułam, jak coś w mojej klatce piersiowej zaczyna się budzić. Niepokój. Ciekawość. Może gniew.
— Kto?
Mężczyzna milczał przez chwilę.
A potem powiedział cicho:
— Człowiek, który wie… co robisz z mężczyznami.
Serce uderzyło mocniej.
Ale na mojej twarzy pojawił się tylko lekki, zimny uśmiech.
— To ciekawe — powiedziałam.
Zrobiłam krok w stronę ogrodzenia.
— Bo ja jeszcze nic z nimi nie zrobiłam.
Cień na ulicy poruszył się lekko.
I wtedy mężczyzna dodał spokojnie:
— Jeszcze.
Słowo „jeszcze” zawisło między nami jak cienkie ostrze.
Przez chwilę nikt się nie poruszył. Wiatr przesunął się wzdłuż ulicy Rue des Ateliers i poruszył suchymi liśćmi przy ogrodzeniu. Dźwięk był cichy, ale w tej ciszy wydawał się głośniejszy niż powinien.
Patrzyłam na mężczyznę, a w mojej głowie powoli zaczynało narastać coś, co znałam bardzo dobrze. Ten ciężar pod mostkiem. To gorące, powolne ciśnienie, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował mówić do mnie tak, jakby mnie rozumiał.
Nienawidziłam tego.
Mężczyźni zawsze myśleli, że rozumieją kobiety.
Zawsze byli pewni siebie. Pewni swoich słów. Pewni tego, że mogą wejść w czyjeś życie jak do baru i zamówić drinka.
Podniosłam papierosa z parapetu i zapaliłam go ponownie od zapalniczki. Płomień na sekundę oświetlił moją twarz.
Zobaczyłam wtedy jego oczy.
Były spokojne.
Za spokojne.
Zaciągnęłam się powoli i wypuściłam dym w jego stronę.
— Jeśli przyszedłeś mnie straszyć — powiedziałam cicho — to wybrałeś zły adres.
Nie odpowiedział od razu. Stał tam wciąż w tej samej pozycji, jakby noc była jego naturalnym środowiskiem.
To mnie irytowało.
Nie lubiłam, kiedy ktoś był tak opanowany.
— Nie przyszedłem cię straszyć — powiedział w końcu.
Jego głos był niski, niemal łagodny.
To było jeszcze gorsze.
— W takim razie mów szybciej — odparłam. — Mam ważniejsze rzeczy do roboty niż rozmowy z obcymi facetami pod moim płotem.
Przez sekundę pomyślałam o gitarze leżącej na schodach. O piosence, którą przerwałam. O wersie, który nigdy nie został dokończony.
Ultraviolence.
Uśmiechnęłam się lekko do siebie.
Pasowało.
Mężczyzna zrobił kolejny krok bliżej ogrodzenia.
Światło latarni padło na jego twarz wyraźniej.
Był starszy, niż myślałam. Może czterdzieści, może trochę więcej. Twarz miał spokojną, niemal elegancką, ale oczy…
Oczy były inne.
Zbyt uważne.
— Ludzie w Valmont zaczynają o tobie mówić — powiedział.
— Ludzie zawsze mówią — odpowiedziałam obojętnie.
— Nie o śpiewaniu.
Zaciągnęłam się papierosem jeszcze raz.
— Szkoda. Mam całkiem dobry głos.
Mężczyzna przez chwilę mnie obserwował. A potem powiedział zdanie, które sprawiło, że moje palce lekko się napięły.
— Mówią o mężczyznach, którzy znikają.
Cisza.
Wiatr przeszedł przez drzewa przy drodze i na chwilę zaszumiał jak morze.
Patrzyłam na niego bez mrugnięcia.
— To interesujące — powiedziałam spokojnie. — Bo ja nie znam żadnych znikających mężczyzn.
Uśmiechnął się lekko.
— Naprawdę?
Powoli strzepnęłam popiół z papierosa.
— W Valmont mężczyźni zwykle nie znikają — dodałam. — Raczej… wracają.
Moje słowa zawisły w powietrzu.
A w mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy.
Twarze.
Krzywe uśmiechy.
Ręce, które kiedyś mnie dotykały, jakby miały do tego prawo.
Głosy, które mówiły rzeczy, których nigdy nie zapomina się naprawdę.
Czułam, jak w moim brzuchu powoli rośnie stary, znajomy gniew.
Mężczyźni.
Świat był ich pełen.
Pewnych siebie. Głośnych. Z przekonaniem, że wszystko należy do nich.
Miłość.
Ciała.
Historie kobiet.
A potem dziwili się, kiedy coś pękało.
Kiedy kobieta przestawała być miła.
Kiedy przestawała się uśmiechać.
Spojrzałam znowu na niego.
— Jeśli przyszedłeś mnie oskarżać — powiedziałam lodowato — to przyszedłeś bez dowodów.
— Nie oskarżam.
— Więc po co tu jesteś?
Zrobił jeszcze jeden krok.
Teraz dzieliło nas tylko ogrodzenie.
I noc.
— Bo ktoś chce wiedzieć — powiedział spokojnie — czy jesteś naprawdę tak niebezpieczna, jak mówią.
Powoli zgasiłam papierosa o metalową barierkę.
Potem podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
Uśmiechnęłam się.
Ale w tym uśmiechu nie było nic ciepłego.
— Powiedz temu komuś — szepnęłam — że mężczyźni w Valmont nie powinni zadawać takich pytań.
Mężczyzna uniósł brew.
— Dlaczego?
Przechyliłam lekko głowę.
A potem powiedziałam bardzo spokojnie:
— Bo czasem odpowiedź… przychodzi za późno.
Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie w tej dziwnej, gęstej ciszy, która zapada tylko nocą. Wiatr przesuwał się wzdłuż Rue des Ateliers jak ktoś, kto podsłuchuje rozmowę i nie chce, żeby go zauważono. Latarnia za plecami mężczyzny rzucała na ziemię długie, zdeformowane cienie, które wyglądały jak czarne plamy rozlane na asfalcie.
Nie spuszczałam z niego wzroku.
W środku czułam coś znajomego. Tę chłodną, powolną falę gniewu, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy mężczyzna próbował wejść do mojego świata z tą samą pewnością siebie, którą widziałam tyle razy wcześniej.
Byli wszyscy tacy sami.
Inna twarz.
Inny głos.
Ale ten sam rodzaj przekonania, że mogą pytać. Że mogą oceniać. Że mogą się zbliżyć.
— Powiedz temu komuś — powtórzył cicho — kto chce wiedzieć o tobie więcej.
Zaśmiałam się krótko.
Śmiech był suchy, pozbawiony radości.
— Nie mam zwyczaju przekazywać wiadomości przez obcych mężczyzn.
— A ja nie mam zwyczaju chodzić nocą po cudzych ogrodach — odpowiedział spokojnie.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
Potem odwróciłam się i podniosłam gitarę ze schodów. Struny lekko zabrzęczały pod palcami.
— Rozmowa skończona — powiedziałam. — Wyjście jest tam.
Mężczyzna nie ruszył się.
Czułam jego wzrok na plecach.
To było jak dotyk, którego nie chciałam.
— Wiesz — odezwał się po chwili — ludzie, którzy naprawdę nie mają nic do ukrycia, zwykle reagują inaczej.
Zatrzymałam się.
Powoli odwróciłam głowę.
— A ludzie, którzy naprawdę nie są idiotami — odpowiedziałam chłodno — nie przychodzą nocą do domu kobiety, żeby zadawać takie pytania.
Zrobił krok w tył, jakby rozważał moje słowa.
Przez moment myślałam, że w końcu odejdzie.
Ale wtedy powiedział coś jeszcze.
— W ciągu ostatnich dwóch lat w Valmont zaginęło trzech mężczyzn.
Palce na gryfie gitary lekko się napięły.
Nie odpowiedziałam.
— Każdy z nich — ciągnął spokojnie — był ostatni raz widziany w barze, gdzie śpiewałaś.
Cisza.
Ciemność wokół nas wydawała się jeszcze gęstsza.
— Valmont ma dużo barów — powiedziałam w końcu.
— I dużo kobiet.
— Dokładnie.
Patrzył na mnie uważnie.
— Ale tylko jedną Diamante Raleigh.
Zaciągnęłam się powietrzem powoli.
Potem usiadłam z powrotem na schodach.
— Posłuchaj — powiedziałam. — W tym mieście jest mnóstwo facetów, którzy zasługują na zniknięcie. Jeśli trzech z nich rzeczywiście gdzieś przepadło, to może powinniście zrobić pomnik temu, kto ich zabrał.
Mężczyzna zmrużył oczy.
— Nienawidzisz ich aż tak?
Uśmiechnęłam się lekko.
Ten uśmiech był zimny jak stal.
— Nie.
Zrobiłam pauzę.
— Po prostu ich znam.
Cisza znowu opadła między nami.
Nagle gdzieś w oddali zaszczekał pies.
Mężczyzna spojrzał na zegarek.
— Jeszcze się zobaczymy — powiedział.
— Nie planuję tego.
— Ja też nie planowałem dzisiejszego wieczoru.
Odwrócił się i ruszył w stronę końca ulicy.
Jego kroki były spokojne, miarowe. Po kilku sekundach jego sylwetka znów wtopiła się w cień.
Zniknął.
Zostałam sama.
Siedziałam przez chwilę nieruchomo, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem stał.
Potem powoli wypuściłam powietrze z płuc.
Noc znów była cicha.
Zbyt cicha.
Podniosłam gitarę i przejechałam palcami po strunach.
Dźwięk zabrzmiał głucho.
W mojej głowie pojawiła się jedna myśl.
Jeśli ktoś naprawdę zaczął zadawać pytania…
to znaczyło, że coś się zmienia.
A ja nienawidziłam zmian.
Spojrzałam w stronę drogi, gdzie zniknął mężczyzna.
I wtedy zobaczyłam coś jeszcze.
Na ziemi, tuż przy ogrodzeniu, leżała mała koperta.
Nie było jej tam wcześniej.
Powoli wstałam.
Podniosłam ją.
Na przodzie było napisane tylko jedno zdanie.
Czarnym, prostym pismem.
„WIEMY, CO ZROBIŁAŚ.”
Koperta była cienka, prawie lekka jak powietrze, a jednak kiedy trzymałam ją między palcami, miałam wrażenie, że waży więcej niż powinna. Papier był chłodny, lekko szorstki. Nie był to zwykły biały papier z taniego sklepu. Ktoś wybrał go starannie. Grubszy. Sztywniejszy.
Stałam chwilę przy ogrodzeniu, patrząc na czarne litery.
„WIEMY, CO ZROBIŁAŚ.”
Wiatr przeszedł przez ulicę i poruszył suchą gałązką przy płocie. Metal zadrżał cicho.
Uniósł się we mnie śmiech.
Cichy.
Prawie niedosłyszalny.
— Oczywiście, że wiecie — mruknęłam pod nosem.
Odwróciłam kopertę w dłoniach. Nie było adresu. Nie było nazwiska. Tylko zamknięcie z cienkiego kleju, które można było łatwo rozerwać.
Stałam jeszcze chwilę, czując jak noc powoli znowu wpełza pod skórę. Powietrze pachniało wilgocią i starą ziemią. Daleko, gdzieś w głębi miasta, przejechał samochód.
Valmont spało.
Ale noc nigdy nie była naprawdę spokojna.
Wsunęłam palec pod krawędź koperty i rozerwałam ją powoli. Papier pękł z cichym, suchym dźwiękiem.
W środku była kartka.
Jedna.
Złożona na pół.
Wyjęłam ją i rozprostowałam.
Na środku znajdowało się zdjęcie.
Przez chwilę patrzyłam na nie bez ruchu.
Ciemne włosy. Męska twarz. Lekko rozmyta fotografia, zrobiona prawdopodobnie w barze. Światło było czerwone, typowe dla nocnych klubów.
Rozpoznałam go natychmiast.
Marc Delatour.
Przez moment poczułam, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż mojego kręgosłupa.
Nie strach.
Nie.
Raczej irytację.
Marc Delatour był jednym z tych mężczyzn, którzy zawsze uważają się za bohaterów własnej historii. Zbyt głośny, zbyt pewny siebie, zbyt przekonany o tym, że świat należy do niego.
Pamiętałam go doskonale.
Jego śmiech.
Jego ręce.
Jego głos.
I to jedno zdanie, które powiedział tamtej nocy.
Zacisnęłam palce na zdjęciu.
Na odwrocie ktoś napisał kolejne słowa.
Tym samym czarnym pismem.
„ZACZĘŁO SIĘ OD NIEGO.”
Zamknęłam oczy na sekundę.
Obraz wrócił natychmiast.
Bar na Rue des Lanternes. Zapach alkoholu i potu. Muzyka grająca za głośno. Światło czerwonych lamp, które sprawiało, że wszystko wyglądało jak scena z jakiegoś chorego snu.
I on.
Marc.
Siedzący przy stoliku w pierwszym rzędzie.
Patrzący na mnie w sposób, którego nigdy nie zapomina się naprawdę.
Powoli otworzyłam oczy.
Noc wokół domu była nadal pusta.
Ale coś w powietrzu się zmieniło.
Wsunęłam zdjęcie z powrotem do koperty i przez chwilę obracałam ją w dłoniach.
Ktoś obserwował mnie wystarczająco długo, żeby znać imię Marca.
Ktoś wiedział, gdzie mieszkam.
Ktoś wiedział…
co wydarzyło się tamtej nocy.
Uśmiechnęłam się powoli.
To nie był ciepły uśmiech.
To był ten rodzaj uśmiechu, który pojawia się tylko wtedy, gdy człowiek przestaje się bać.
— Więc chcecie grać — powiedziałam cicho w ciemność.
Weszłam z powrotem do domu.
Drzwi zamknęły się za mną z ciężkim, głuchym dźwiękiem. W środku było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz. Stara chatka przy Rue des Ateliers zawsze była jak mała jaskinia. Drewno ścian było ciemne, stare, nasiąknięte zapachem wilgoci i dymu papierosowego.
Zapaliłam małą lampę stojącą na stole.
Żółte światło rozlało się po pokoju.
Cienie na ścianach poruszyły się, jakby ktoś oddychał w środku domu.
Położyłam kopertę na stole.
Patrzyłam na nią długo.
Bardzo długo.
W mojej głowie pojawiały się kolejne twarze.
Marc Delatour.
Louis Charpentier.
Henri Vautrin.
Mężczyźni.
Ich głosy.
Ich śmiech.
Ich ręce.
Świat był pełen takich jak oni.
Pełen ludzi, którzy wierzą, że mogą robić wszystko, bo nikt nigdy nie powie im „nie”.
Nagle poczułam coś jeszcze.
Nie gniew.
Nie.
To było coś głębszego.
Coś, co rosło we mnie od lat.
Powoli podeszłam do starej szafki stojącej przy ścianie.
Otworzyłam ją.
W środku znajdowało się kilka pudełek.
Małych.
Starannie zamkniętych.
Jedno z nich wzięłam do ręki.
Na wieczku był mały, niemal niewidoczny napis:
M.D.
Marc Delatour.
Palce przesunęły się po literach.
Uśmiechnęłam się.
— Jeśli naprawdę wiecie… — szepnęłam.
Podniosłam głowę.
Spojrzałam w ciemność pokoju.
— …to powinniście też wiedzieć, że ja nie przestaję w połowie historii.
Cisza w domu była ciężka jak noc nad Valmont.
A gdzieś w głębi mojej głowy pojawiła się myśl, która była prawie przyjemna.
Jeśli ktoś naprawdę zaczął mnie śledzić…
to znaczyło, że gra dopiero się zaczyna.
I ja bardzo lubiłam gry.
Kartka ze zdjęciem Marca Delatoura wciąż leżała na stole, a ja siedziałam naprzeciw niej w półmroku starej chatki. Lampa dawała tylko żółty krąg światła, który nie sięgał do wszystkich kątów pokoju. Reszta domu tonęła w cieniu. Cienie były dobre. Cienie niczego nie zdradzały.
Oparłam łokcie o blat i przez dłuższą chwilę patrzyłam na kopertę, jakby mogła sama zacząć mówić.
Ktoś mnie obserwował.
Ktoś wiedział o Marcu.
I ktoś był na tyle odważny, żeby zostawić mi wiadomość pod własnym płotem.
Uśmiechnęłam się powoli.
Odważny… albo głupi.
Przesunęłam palcem po krawędzi fotografii i nagle przypomniałam sobie twarz mężczyzny, który przed chwilą stał przy ogrodzeniu. W jego ruchach było coś dziwnie spokojnego. Zbyt spokojnego jak na kogoś, kto przychodzi nocą do domu kobiety i zaczyna zadawać pytania o zaginionych mężczyzn.
Nie wyglądał jak policjant.
Policjanci pachną inaczej. Mają w sobie nerwowość, pośpiech, drobną potrzebę pokazania swojej władzy.
Ten człowiek był… chłodny.
Jak ktoś, kto potrafi czekać bardzo długo.
Westchnęłam cicho i wstałam od stołu. Przeszłam przez pokój, otwierając starą szafkę, w której trzymałam kilka rzeczy, o których nikt nie powinien wiedzieć.
Ale zanim zdążyłam sięgnąć po pudełko z inicjałami M.D., mój wzrok zatrzymał się na małej, cienkiej kartce leżącej obok koperty.
Nie widziałam jej wcześniej.
Podniosłam ją.
Tym razem pismo było inne. Bardziej precyzyjne, równe, niemal eleganckie.
I znów tylko kilka zdań.
„Arthur Firnen.”
Zamarłam na sekundę.
Nazwisko nic mi nie mówiło. Ale pod nim znajdowało się kilka kolejnych linijek tekstu.
Powoli zaczęłam czytać.
Mężczyzna.
Anglik. Samotny ojciec.
Po niewiele ponad czterdziestu ośmiu
miesiącach małżeństwa jego żona, Mia Firnen z domu Blefary,
zmarła przy porodzie, zostawiając go samego z nowo narodzoną
córką. Dziewczynką, w której płynie krew ich obojga.
Zmarszczyłam brwi.
Kartka wyglądała jak fragment dossier.
Czytałam dalej.
Arthur Firnen. Trzydzieści lat. Mieszka na obrzeżach Londynu w starej posiadłości należącej kiedyś do jego rodziców. Rodzice przeprowadzili się do mniejszego miasta, a on został. W Londynie posiada także apartament w centrum. Oficjalnie ze względów zawodowych.
Przesunęłam językiem po dolnej wardze.
Zawodowych?
Kolejne zdania były jeszcze ciekawsze.
Agent specjalny.
Człowiek pracujący dla tajnej organizacji rządowej.
Przekręty
finansowe.
Przejmowanie poufnych dokumentów.
Włamywanie
się do baz danych.
Rozbrajanie niebezpiecznych
jednostek.
Pozbywanie się niewygodnych świadków.
Powoli opuściłam kartkę na stół.
W pokoju zrobiło się jeszcze ciszej.
Czytałam dalej.
Arthur Firnen prowadzi podwójne życie. W środowisku operacyjnym używa pseudonimu Hector Avard. Niewiele osób wie, że posiada córkę i rodzinny dom. Przez lata skrupulatnie ukrywał tę informację przed światem.
Uniosłam brwi.
Człowiek, który żyje w dwóch rzeczywistościach.
To zawsze było interesujące.
Podniosłam kartkę ponownie.
Często podróżuje. Kiedy znajduje się poza granicami kraju, jego córką opiekuje się gosposia Britta Lovren oraz jej córka Paula.
Oparłam się biodrem o stół.
Czułam, jak w środku powoli rośnie coś dziwnego. Ciekawość.
Dlaczego ktoś zostawia mi informacje o jakimś angielskim agencie?
Dlaczego ktoś chce, żebym wiedziała o Arthurze Firnenie?
I dlaczego ta kartka znalazła się w kopercie z fotografią Marca Delatoura?
Wróciłam myślami do mężczyzny stojącego przy ogrodzeniu.
Jego spokój.
Jego oczy.
Sposób, w jaki patrzył na mnie bez mrugnięcia.
Moje palce zacisnęły się lekko na papierze.
— Hector Avard… — szepnęłam.
Nazwisko zabrzmiało w pustym domu jak echo.
Jeśli to wszystko było prawdą, oznaczało to tylko jedno.
Ktoś naprawdę poważny zaczął interesować się Valmont.
A jeśli taki człowiek przyjechał tu naprawdę…
to prędzej czy później zacznie zadawać pytania.
A ja nienawidziłam ludzi, którzy zadawali pytania.
Powoli złożyłam kartkę i wsunęłam ją do kieszeni czarnej kurtki.
Potem podeszłam do szafki.
Otworzyłam ją.
W środku wciąż leżało pudełko z inicjałami M.D.
Dotknęłam wieczka.
Czułam pod palcami zimne drewno.
Marc Delatour.
Pierwszy.
Uśmiechnęłam się powoli w ciemność.
— Jeśli ten wasz angielski bohater naprawdę tu przyjedzie… — powiedziałam cicho.
Cienie na ścianach poruszyły się lekko.
— …to będzie musiał bardzo uważać.
Bo Valmont miało swoje sekrety.
A ja byłam jednym z nich.
Zapisałam w głowie ten opis.
Mężczyzna.
Anglik. Samotny ojciec.
Po niewiele ponad czterdziestu ośmiu
miesiącach małżeństwa, żona Arthura postanowiła go opuścić.
Mia Firnen z domu Blefary zmarła przy porodzie pozostawiając swego
ukochanego wraz z niewinną, niczego nieświadomą i bezbronną
dziewczynką, w której płynie krew ich obydwojga. Trzydziestoletni
mężczyzna mieszka na obrzerzach Londynu w posiadłości, która
niegdyś należała do jego rodziców, lecz Ci postanowili się
przeprowadzić do mniejszego i spokojniejszego miasta. Arthur z
powodów zawodowych posiada również apartament w samym sercu
stolicy, albowiem ze względów bezpieczeństwa pragnie, aby
niewielka ilość osób znała prawdziwe położenie jego rodzinnego
domu. Panicz Firnen bowiem jest agentem specjalnym, który pracuje
dla tajnej organizacji rządowej. Przekręty finansowe, przejmowanie
poufnych dokumentów, włamywanie się do baz danych, rozbrajanie
niebezpiecznych jednostek, pozbywanie się niewygodnych świadków,
czy też osób narażających dobro i tajemnice państwowe. To jedne
z jego nielicznych zajęć, których podejmuje się międzynarodowo.
Człowiek o dwóch tożsamościach, który skutecznie odseparował
swe życie prywatne, od zawodowego. W swym środowisku pracuje pod
pseudonimem: Hector Avard. Niewiele osób tak naprawdę wie, że
mężczyzna posiada rodzinę i posiadłość, a to tylko i wyłącznie
dzięki wieluletniemu, skrupulatnemu ukrywaniu prawdy przed każdym,
kto mógłby wykorzystać ową wiedzę przeciwko niemu. Ostrożny,
oraz profesjonalny. Wiele podróżuje, a gdy znajduje się poza
granicami państwa opiekę nad jego córką, a także domostwem
sprawuje gosposia, Britta Lovren, oraz jej córka, Paula, które z
nimi mieszkają. Dwie kobiety, którym ufa bardziej niż własnej
matce. Pytany o swój zawód zawsze odpowiada, iż jest
projektantem-programistą stron rządowych.
Stałam jeszcze przez chwilę przy stole, czując chłód starego drewna pod palcami. Kartka z informacjami o Arthurze Firnenie zniknęła już w kieszeni mojej kurtki, ale jej ciężar wciąż był wyczuwalny, jakby papier nagle ważył więcej niż powinien.
Dom znów ucichł.
Cisza była głęboka, gęsta, prawie lepka.
Tylko zegar wiszący nad komodą tykał powoli, odmierzając kolejne sekundy nocy.
Patrzyłam na pudełko z inicjałami M.D., ale mój umysł powoli odpływał gdzie indziej. Do tamtej rozmowy. Do tamtej chwili sprzed kilku godzin, kiedy mężczyzna stał przy ogrodzeniu i mówił spokojnym, opanowanym głosem rzeczy, które brzmiały jak fragment czyjejś historii.
Słowa wróciły nagle.
Wyraźne.
Ostre.
Jakby ktoś szeptał je tuż przy moim uchu.
„Zostałem wysłany na studia do Ameryki.”
Przymknęłam oczy.
Tak właśnie powiedział.
Nie jak ktoś, kto się chwali.
Raczej jak ktoś, kto opowiada fakt.
„Zakończyły się one pracą dla FBI.”
Uniósł się we mnie cichy śmiech.
FBI.
To wyjaśniało wiele.
Ten spokój.
Ten sposób patrzenia.
Ci ludzie zawsze mieli w oczach coś podobnego do chirurgów. Zimną koncentrację. Umiejętność patrzenia na człowieka jak na zagadkę do rozwiązania.
Powoli oparłam się plecami o ścianę.
„Podczas swojego krótkiego czasu w wydziale śledczym, poznałem kobietę, która urodziła mi córkę.”
Pamiętałam dokładnie moment, kiedy to powiedział.
Jego głos wtedy nie drgnął ani trochę.
Ale oczy…
Oczy na sekundę zrobiły się ciemniejsze.
„Po jej tragicznej śmierci trafiłem do więzienia.”
Ciekawa historia.
Agent FBI.
Więzienie.
Dziecko.
To była mieszanka, która prawie nigdy nie kończyła się dobrze.
Przesunęłam dłonią po włosach i powoli podeszłam do okna.
Noc nad Rue des Ateliers była czarna jak smoła. Latarnia przy drodze rzucała blady krąg światła, a poza nim wszystko tonęło w cieniu.
„Opuściłem je po roku i rozpocząłem budowanie własnego imperium.”
Powiedział to wtedy spokojnie.
Jak ktoś, kto opowiada o remoncie domu.
Ale ja znałam ludzi.
Imperium nie buduje się bez krwi.
Bez długu.
Bez zemsty.
I wtedy padło ostatnie zdanie.
To, które zapamiętałam najlepiej.
„W międzyczasie zaplanowałem zemstę na matce, która niejako doprowadziła do śmierci mojego dziecka i umieściła mnie w więzieniu.”
Powoli otworzyłam oczy.
Uśmiech sam pojawił się na moich ustach.
Zemsta.
To było słowo, które rozumiałam.
W świecie mężczyzn często używa się go jak taniej groźby.
Ale czasami…
czasami jest prawdziwe.
Odwróciłam się od okna i wróciłam do stołu. Palce przesunęły się po pudełku z inicjałami M.D.
Marc Delatour.
Pierwszy.
Potem Louis.
Potem Henri.
Każdy z nich miał swoją historię.
Każdy z nich miał powód, żeby pewnego dnia zniknąć.
Czasem świat potrzebował kogoś, kto robi porządek.
Uniósł się we mnie cichy, zimny spokój.
Jeśli mężczyzna z ogrodzenia naprawdę był tym człowiekiem, który opowiadał tę historię…
jeśli naprawdę był kimś, kto buduje imperium na ruinach swojej przeszłości…
to znaczyło, że Valmont przyciągnęło drapieżnika.
A drapieżniki zawsze wyczuwają się nawzajem.
Delikatnie otworzyłam pudełko.
W środku leżał mały metalowy przedmiot.
Pierścień.
Marc Delatour nosił go zawsze na palcu.
Podniosłam go i przez chwilę obracałam w świetle lampy.
Metal błysnął chłodno.
— Zemsta… — szepnęłam.
Moje odbicie w oknie wyglądało teraz jak cień.
— W takim razie… może się dogadamy.
Bo w Valmont byli ludzie, którzy zasługiwali na wiele rzeczy.
A zemsta była jedną z nich.
Gdzieś daleko na ulicy znów przejechał samochód.
A ja poczułam coś jeszcze.
Niepokój.
Nie.
To było coś innego.
Przeczucie.
Bo jeśli historia tego człowieka była prawdziwa…
to prędzej czy później nasze drogi się skrzyżują.
A wtedy ktoś będzie musiał przegrać.
I ja bardzo nie lubiłam przegrywać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz